Work Text:
Uleganie kaprysom
stanowi dowód
wewnętrznej wolności.
– John Fowles „Mag”
Listopad
– Sorki za spóźnienie! – rzuciłem, wpadając do sali zasapany.
Aleks przywitał mnie spojrzeniem znad strojonego instrumentu. Wyminąłem go, wskakując na niską scenę i klapnąłem na starej kanapie pod ścianą.
– Stary Gregor zatrzymał mnie po treningu, chciał pogadać o mojej przyszłości.
Przyjaciel zacmokał przez zęby, rozbawił go mój męczeński ton i teatralność, z jaką zdjąłem bluzę.
– Szefowa go prosiła! Uważa, że powinienem skupić się na maturach, nie na koszu – przedrzeźniałem swoją wychowawczynię. – Jakbym kiedykolwiek miał problemy z nauką.
Odłożył altówkę, sięgnął po duży „nutowy” zeszyt i ołówek.
– Nie każą ci rezygnować. Zrobisz, co będziesz chciał.
– Niby tak. Ale wciąż mnie to wkurza.
Zaczął powoli rozgrzewać palce. Gama, pasaż, prosta etiuda.
– Pracuję nad czymś nowym, prawie skończyłem. Chcesz posłuchać?
– Musisz pytać? – Moja reakcja wywołała natychmiastowy uśmiech.
Podwinął rękawy i zaczął grać.
Robił to tylko przy mnie. Denerwowały go ciekawskie i współczujące spojrzenia kierowane w jego stronę za każdym razem, kiedy przez nieuwagę odsłonił stare blizny. Przy mnie się nie pilnował, znaliśmy się od tak dawna i tak dobrze, że prawie ich nie zauważałem.
„Od dawna” oznaczało czwartą klasę podstawówki. Z początku nie zwracałem na niego uwagi, jak wszyscy. Był niski, niepozorny, odsunięty od reszty dzieciaków, jak się później okazało – rok starszy. Dobrze się uczył, zawsze był przygotowany, choć nauczyciele nie wybierali go do odpowiedzi. Na WF‑ie ćwiczył w golfie i był jedynym, któremu na to pozwalano, co dostarczało klasie dodatkowych powodów do złośliwych plotek. Kto by pomyślał, że to wycofane chuchro któregoś dnia obroni mnie przed agresją starszych „kolegów”?
Kiedy po lekcjach podszedłem do niego i zapytałem o imię (znałem je, ale tak się przecież zaczyna znajomość), wyciągnął bloczek, długopis i nabazgrał krzywo „ALEKS”. To było jak stuknięcie młotkiem w kolano – wywołało odruchową reakcję, której nie dało się zatrzymać.
– Nie mówisz?
Pokręcił głową.
„Mam zajęcia dodatkowe, muszę lecieć.”
Zanim zdążyłem przeprosić za swoją głupotę, zarzucił plecak i poszedł.
Wyglądał na zaskoczonego, kiedy następnego dnia przysiadłem się do niego.
– Jestem Igor.
Tego dnia pierwszy raz zobaczyłem, jak Aleksander się uśmiecha.
– To tylko pierwszy głos. Drugi mam prawie rozpisany, ale nie znam nikogo, kto by to zagrał, więc się nie spieszę – machnął jedną ręką, równocześnie poprawiając coś w zapisie. Od wielu lat posługiwaliśmy się własnym kodem, choć obaj znaliśmy polski migowy. Tak było szybciej.
– Jakbyś nie zostawił Akademii w połowie, to byś znał – rzuciłem. Niby obojętnie, ale miałem do czynienia z muzykiem, w dodatku prawie bratem; oczywiste, że wyłapał nutę wyrzutu.
Skomentował jedynie krótkim spojrzeniem, po czym wrócił do gry.
*
– Borze szumiący, jak pizga.
Starałem się ogrzać, rozcierając dłonie. Aleks przyjrzał mi się krytycznie i przewrócił oczami.
– Jest końcówka listopada, czego się spodziewałeś?
– Rano tak nie wiało – burknąłem.
Prawie podskoczyłem protestując, kiedy odwiązał swój szalik i zarzucił mi go na kark, zawijając kilka razy.
– Mam kurtkę, ty tylko bluzę. Jak się pochorujesz, Gregor posadzi cię na ławkę.
To był mocny argument.
Rozdzieliliśmy się pod jego domem. W oknach nie paliło się światło, czyli pani Luiza wzięła dziś nocną zmianę.
Nie potrafiłbym mieszkać jak on. Co prawda ojciec przez większość roku pracował jeżdżąc w Szwecji, ale u mnie zawsze ktoś był, siostra albo mama. Potrafiliśmy się wspierać, mimo że nie byliśmy rodziną robiącą wszystko razem. Kiedy zdecydowałem, że będę trenował kosza, Lenka kupiła mi na urodziny piłkę. Kiedy z kolei ona powiedziała, że chce rysować, pomogłem jej zebrać na kurs, pracując dorywczo w wakacje. Kiedy oznajmiłem, że chcę iść do szkoły oficerskiej, rodzice założyli mi lokatę, żebym za kilka lat miał za co żyć na studiach, przynajmniej na początku. Czegokolwiek bym nie wybrał, zaakceptowali by to.
Dlatego coś się we mnie zagotowało, kiedy Aleks tuż przed liceum powiedział, że idzie do biol‑chemu, potem na WUM i będzie lekarzem. Jego powrót na Akademię Muzyczną był dla mnie jakiś taki… oczywisty. Widziałem, jak zmienia się jego twarz, kiedy bierze altówkę w ręce. Jaki jest dobry w tym, czego po pójściu na medycynę już nigdy nie będzie robił. Znałem powód. Osobiście. Regularnie mówiłem mu „dzień dobry”. Czasem myślałem, że gdyby nie jego ojciec, Aleksander nigdy nie miałby w rękach instrumentu…
– Do następnego.
– Czekaj, szalik.
– Jutro mi oddasz – machnął na pożegnanie, zanim przeszedł za furtkę.
*
– …miałbyś tyle czasu? Zagramy głównie covery, wybierzemy coś, gdzie zastąpisz wokal… Spotykamy się w poniedziałki i czwartki, na ósmej lekcyjnej w małej auli. Wpadnij, jak zmienisz zdanie.
Poczekałem, aż Julka opuści korytarz, zanim wychyliłem się ze schodów.
– Odmówiłeś jej.
Aleks podskoczył na dźwięk mojego głosu i obrócił się w moją stronę ze zmieszaniem na twarzy.
– Taka szansa nie zdarza się codziennie, cymbale! Moglibyście nawet zagrać któryś z twoich kawałków, dostałbyś i gitarę, i bas, i… Jak w piątek usłyszę, że „nie skończyłem, bo i tak nie mam nikogo na drugi głos”, to cię normalnie…
Drzwi jednej z sal otworzyły się i stanęła w nich Pani Blue. Zmierzyła mnie wzrokiem zza wielkich okularów.
– Może ciszej, Czerwiński – syknęła najgłośniejszym szeptem, jaki u niej słyszałem. – Próbuję prowadzić lekcję.
Przeprosiłem i obaj szybko zeszliśmy do szatni, nie chcąc drażnić błękitnego lwa.
Miałem szczęście usiąść przy biurku nauczyciela na jej pierwszych zajęciach z moją klasą. Historyczka była mała, z burzą biało‑siwych włosów, wiecznie ubrana na niebiesko, kompletnie ślepa bez grubych szkieł, cicha i w połączeniu z tym poczciwym wyglądem – absurdalnie surowa. Szybko okazało się, że nie ma zapalenia krtani i już nie zacznie mówić głośniej, nie pozwalała też na zmianę ławek, więc notatki z jej lekcji uchodziły za towar luksusowy. Zdarzało się nawet, że używaliśmy ich jak waluty w międzyklasowej wymianie informacji przed testami z innych przedmiotów.
– W czwartek widzę cię na ich próbie – podjąłem, kiedy tylko wyszliśmy z budynku szkoły.
Po jego minie poznałem, że nawet nie zamierzał protestować.
Grudzień
– Podaj, tutaj!
– Kacper wolny!
– Pod kosz!
– Obrona!
Głośny okrzyk wypełnił halę. Przetarłem mokrą twarz koszulką, ustawiając się na pozycji do rzutu.
Długi gwizdek zwrócił naszą uwagę na trenera.
– Jak mówiłem, dziś krócej – zakomunikował. – Musimy zwolnić salę, chłopaki. Zbierzcie piłki, nie zapomnijcie zamknąć magazynu. To nasze ostatnie spotkanie w tym roku, więc życzę wam spokojnych Świąt i wszystkiego najlepszego na Nowy Rok. I nie pochorować mi się przed zawodami, bo zamorduję. Rozejść się!
Schodząc z hali pomachałem Aleksowi, siedzącemu na trybunach. Miał ze sobą futerał, szkolny zespół niedawno skończył próbę. Przyjaciel nigdy nie lekceważył moich próśb, nawet tych wyrażonych agresywnie, zwłaszcza gdy nic go to nie kosztowało. Tak naprawdę wiedziałem, że od początku chciał przyjąć propozycję Julii, potrzebował kogoś, kto mu powie, że to dobry pomysł. Że czasem może sobie pozwolić na realizację jakiejś zachcianki. Prostego kaprysu.
Mieliśmy zwyczaj towarzyszyć sobie (choć z różnych powodów) przy ćwiczeniach. Ja co piątek przychodziłem do MDKu. Posłuchać. Aleks często przychodził na moje treningi. Popatrzeć.
Nie przeszkadzało mi to, że „wędruje”. Nie obnosił się, wiedziałem ja i jego byli. Z początku nie ogarniałem – jako typowy facet – dlaczego wybiera tę drugą opcję, skoro wciąż ma pierwszą. Wyjaśnienie, że bierze z każdej z nich dokładnie to, co mu pasuje, nie wystarczało. Zrozumiałem w zeszłym roku, gdy zaczął spotykać się z moim kapitanem. A dokładniej, kiedy przestał. O ile między nim a jego byłymi dziewczynami panowała atmosfera zdecydowanie jednostronnej, skondensowanej nienawiści, o tyle z Markiem wciąż się widywali, rozmawiali i żartowali. „Ot, nie wyszło nam, nie pasowaliśmy do siebie, dlaczego mielibyśmy się nawzajem obwiniać?”.
Nawet bez zagłębiania się w szczegóły, sama relacja międzyludzka bywała fascynująca.
*
Początki były tragiczne, a w nich kryło się kilka równie krępujących pierwszych razów. Dosłownie i w przenośni.
Ze słuchem Aleksa było lepiej niż w porządku, za to mój migowy (poza paroma podpatrzonymi słowami) właściwie nie istniał. Chłopak „mówił” do mnie z kartki, to trwało, przerywano nam wielokrotnie, zanim się dogadaliśmy. Przyjaciel był cierpliwy, ucząc mnie znaków; ja nieskromnie się pochwalę, że szybko łapałem. Mój pierwszy kontakt z polskim językiem migowym okazał się nie być taki straszny.
Jakoś w połowie szóstej klasy pierwszy raz spotkałem tatę Aleksandra. Pana Piotra. Wpadł na przerwie, podrzucić synowi klucze, jechał gdzieś z matką. Przypomniał o obiedzie w lodówce, prosił, żeby Aleks nie kładł się późno, obejmując chłopca na pożegnanie zapewnił, że wrócą koło południa następnego dnia. Automatycznie zwróciłem uwagę na wygląd mężczyzny – chudość, zapadnięte policzki, cienie pod oczami. Już wtedy był bardzo chory, choć starał się to ukrywać pod pogodnym, uprzejmym uśmiechem.
Wracaliśmy ze szkoły i zanim zdążyłem uporządkować wypowiedź, zapytałem o to. Widząc reakcję przyjaciela, jego wilgotne nagle oczy i zaciętą minę, mentalnie się spoliczkowałem. Już miałem przepraszać…
– Myślisz, że twoja mama pozwoli ci spać dziś u mnie?
To był pierwszy raz dla nas obu – mnie jako gościa, jego jako gospodarza.
Zupa węgierska jego mamy była pyszna, do dziś obaj uśmiechamy się na wspomnienie mojego zaskoczenia, kiedy zorientowałem się, że sporą część składu stanowi papryka, której nie cierpiałem. Po odrobieniu lekcji poprosiłem Aleksa, żeby coś zagrał. Nie odmówił. To był pierwszy raz, kiedy go słyszałem. Wtedy jeszcze miał skrzypce, zdecydował się zmienić je na altówkę na początku gimnazjum. Czasem wspominał, że bardziej podoba mu się jej dźwięk. Zmiana klucza nie stanowiła przeszkody.
Wieczorem rozsiedliśmy się na kocach w jego pokoju, pijąc herbatę i oglądając w TV jakiś głupkowaty serial animowany.
– Uważasz mnie za przyjaciela? – spytał nagle.
Widząc ruch kątem oka, oderwałem wzrok od ekranu, zastanawiając się, czy to jakiś test.
– Odpowiedź jest aż…
– Tak czy nie?
Przytaknąłem.
– Świetnie. – Odwrócił się w moją stronę, zupełnie tracąc zainteresowanie lecącym w tle programem. – Niczym mnie nie obrazisz. O cokolwiek zapytasz, odpowiem. Tylko przestań się czaić, wkurza mnie to.
Starał się ukryć zakłopotanie pod pozornie nadąsanym wyrazem twarzy, ale jego niebieskie oczy mówiły więcej, niż był w stanie przekazać dłońmi. Ufał mi. Nienawidził, kiedy inne dzieciaki zasypywały go pytaniami, bo choć bywały natrętne, tak naprawdę ich nie interesował. Ja pytałem, bo mi na nim zależało. Zrobiłem to tylko w nieodpowiedni sposób.
– Na co choruje twój tata? – spytałem prosto.
– Rak płuc. Nieoperacyjny. Mama uważa, że jest lepiej, jak nie mówią mi za dużo, ale wiem swoje. Nie zostało mu dużo czasu.
Zaskoczyło mnie, jak był z tym pogodzony. Porzuciłem temat, wtedy nie chciałem wiedzieć więcej.
– Jak to się stało, że grasz?
Była jeszcze jedna, ważniejsza i bardziej przykra kwestia, którą chciałem poruszyć, ale miałem na to czas.
– To głównie za sprawą taty. Był nauczycielem historii w małej, prywatnej szkole. – Uśmiechał się lekko, opowiadając. – Jego kolega, przychodząc po swoją córkę, odbierał mnie z przedszkola i prowadził na świetlicę, w której czekałem, aż tata skończy lekcje. Któregoś dnia podsłuchał, jak próbuję grać na rozstrojonym pianinie i zapytał, czy chciałbym się uczyć. Egzamin wstępny poszedł mi na tyle dobrze, że zaproponowano mi klasę skrzypiec. Spodobał mi się pomysł.
Napiłem się herbaty, bojąc się, że następne pytanie nie przejdzie mi przez gardło i utknie w połowie.
– Dlaczego nie mówisz? – mruknąłem znad porcelany, obejmując ją oburącz.
Aleksander zastukał w swój kubek, porządkując myśl. W końcu podciągnął rękaw bluzki, odsłaniając grube pręgi i ślady ugryzień. Blizny miały kilka lat, wyraźnie odcinały się od jasnej skóry.
– Pies – wyjaśnił krótko. – Mieszkaliśmy w blokowiskach, to było dawno i prawie nie pamiętam. Sąsiad agresywnie tresował teriery, któregoś dnia jeden zerwał się i zaatakował mnie i kolegę. Miałem mniej szczęścia. Lekarze robili, co mogli, uratowali mi życie, głosu nie dali rady. – Dotknął krtani. Golf zsunął się odrobinę, raczej przypadkowo. – Tu mam takie same.
Nie do końca wiedząc, co robię, wychyliłem się w stronę przyjaciela. Zadrżał, nie spodziewając się tak śmiałego zachowania, kiedy ostrożnie, samymi opuszkami dotknąłem blizn.
– Przepraszam.
Ten jeden gest i jedno wyszeptane słowo wystarczyły. Zawiązały między nami nitki zaufania. Gdyby któryś z nas chciał się ich pozbyć, wystarczyło lekko pociągnąć za pętelkę, ale obaj wiedzieliśmy, że żaden tego nie zrobi.
– W porządku.
Wciąż pamiętam moment, w którym uśmiech powracał na jego twarz.
To był pierwszy raz, kiedy Aleks był nieposłuszny. Pierwszy raz dla nas obu, kiedy po zarwanej nocy oglądaliśmy wschód słońca. Pierwszy raz, kiedy poczuliśmy prawdziwą, silną więź z drugim człowiekiem.
*
Patrzyłem na fajerwerki, opierając się o ramę okna. Nie tworzyłem wzniosłych planów, noworocznych wyrzeczeń i założeń, więc rozbłyski nie oznaczały dla mnie niczego poza zmianą daty.
Ludzie na zewnątrz świętowali, kultywując tradycję. Wspomnienie tępoty społeczeństwa, przerażonego katastroficzną wizją końca świata i Lewiatanem spacerującym korytarzami w podziemiach Watykanu. Kiedyś ta historia mnie bawiła. Obecnie, ostatni dzień roku był dniem przygnębiającym, bo wiedziałem, że gdzieś poza cieszącym się tłumem jest ktoś, dla kogo rozświetlone kolorowymi iskrami niebo stało się zapowiedzią tragedii.
Kładąc się spać zdążyłem jeszcze odebrać SMSa i odpowiedzieć na niego twierdząco.
„Wpadniesz po mnie o dziewiątej?”
Styczeń
Drzwi otworzyła pani Luiza. Zapinała guziki przy mankietach beżowej koszuli, spieszyła się. Aleks wspominał, że w styczniu będzie głównie sam, matka wyjeżdżała na sympozja, pierw do Berlina, później do Wrocławia.
Wyszliśmy przed nią. Po drodze nie rozmawialiśmy.
Cmentarz był pusty. Pierwszego dnia roku mało kto odwiedzał zmarłych. Na większości mogił stały zwiędłe kwiaty, przysypane białym puchem i resztkami zeschłych liści. Pozostawione tu w listopadzie.
Przeszliśmy jedną z alejek, zatrzymując się dopiero u celu. Aleks odgarnął z płyty cienką warstwę śniegu. Jak co roku zapaliliśmy światła.
Nie wiem, co myślał, stojąc nad grobem ojca. Dla mnie ważne było to, że nie dostrzegałem uczucia, obecnego na jego twarzy jeszcze cztery lata temu. Smutku, który sprawił, że porzucił swoją muzykę z gorzką obietnicą nie dotknięcia altówki nigdy więcej.
Cieszę się, że jej nie dotrzymał.
*
Na parkiecie było tłoczno. Po części oficjalnej i zatańczonym polonezie tegoroczni maturzyści poluzowali krawaty, część maturzystek wymieniła ciężkie suknie na wygodne sukienki. Na prowizorycznej scenie, przy stanowisku DJa, szkolny zespół podpinał instrumenty i mikrofony.
Nie byłem jedynym, który nie mógł doczekać się występu. Koledzy i koleżanki rzucali muzykom pełne zainteresowania spojrzenia.
Chwilę po dwudziestej pierwszej Julia zwołała towarzystwo. Rozpoczęli obowiązkową „Maturą” Farbenów. Widownia bawiła się świetnie, podskakiwała w rytm, niektórzy śpiewali wraz z wokalistką. Zagrali „The Boys of Summer” i „Riot!!”. A wtedy Julkę zastąpił Aleksander.
Licealiści nie bardzo wiedzieli, co za chwilę nastąpi, miałem ochotę się śmiać na widok ich zaskoczonych min i tworzących zamieszanie szeptów.
„To gostek z 3C”. „Przecież nie zaśpiewa, dlaczego Julka oddała mu mikrofon?”. „Czy to nie ten bogaty chłopaczek od…”
Kumpel dopasował wysokość statywu, ustawił mikrofon. Cofnął się po leżący przy perkusji instrument, ledwo słyszalnie sprawdził strój. Kiwnął do chłopaków, że jest gotowy. Bastian uderzył kilkukrotnie w gary i zaczęli. Ostro.
Młodzież słuchała, zdezorientowana. Nieliczni wiedzieli, że można tak zagrać na altówce. „Lord Mantis Dilemma” pochłonęli z szeroko otwartymi, błyszczącymi oczami. Przy „Contradanzie” Vaneski bawili się równie swobodnie, co przy kawałkach wokalnych.
Aleks uśmiechał się, wzrokiem szukając kogoś w rozkrzyczanym tłumie, proszącym o więcej. Zatrzymał się na mnie. Przez chwilę patrzył tak, jakby się upewniał, że jestem.
Poznałem tę melodię w pierwszych taktach, choć w dwugłosie brzmiała inaczej, niż dotychczas miałem okazję jej słuchać. Wyraźnie czułem w niej przyjaciela. Jego pasję i niepewność, pragnienie i stratę.
Duszę.
*
– Coś z tego będzie? – spytałem prosto. Przeciągnąłem koszulę przez głowę.
– Co? – Twarz Aleksandra tylko przez chwilę wyrażała niezrozumienie. Wrzucił poduszki na łóżko, siadając na brzegu. – Nie, bez szans.
– Czemu? W samochodzie ciągle zerkał na ciebie w lusterku. Miałem wrażenie, że całą studniówkę nie odrywał od ciebie wzroku. Podobasz mu się.
Westchnął. Była to reakcja podobna do tej, gdy kolejny raz nauczyciel wywołuje do odpowiedzi nieprzygotowanego ucznia.
– Podobam – ułożył dłonie ostrożnie. – Tak samo jak Julian, Marek i Kacper. Ty pewnie też. I ten rudy chłopak z 3A, wpadłem na nich, jak całowali się w toalecie. – Skrzywił się na samo wspomnienie. Zależało mu. – Wystarczy o Sebastianie. Zasypiam. Też nie siedź długo, obiecałeś Lence, że odbierzesz ją z dworca za… – zerknął na zegarek, mrużąc oczy – …pięć godzin.
Zajął część łóżka przy ścianie i zawinął się w kołdrę. Zgasiłem lampkę. Patrzyłem chwilę na ciemne niebo. Kiedy pierwszy raz oglądałem je o tej porze doby, miało zupełnie inny kolor.
Położyłem się obok Aleksa i po chwili spałem równie mocno, co on.
*
Zbierając się do wyjścia, starałem się go nie obudzić. Ogarnąłem się szybko, najwięcej czasu poświęcając złożeniu garnituru; nie chciałem go wygnieść. Szorując zęby kątem oka spojrzałem na zegarek.
Nie zdążę wpaść do domu.
Marlena nadawała całą drogę. Słuchałem jej uważnie, kiedy przekazywała wiadomości od babci Ani, od której wracała. Chciałem ją odwiedzić z siostrą, ale gdy tylko dowiedziała się, że mam w ten weekend „ostatnią oficjalną, szkolną imprezę”, kategorycznie zabroniła mi przyjeżdżać i życzyła dobrej zabawy. Złota kobieta.
Przycichliśmy, wchodząc na piętro. W niedzielę o dziesiątej mama zazwyczaj jeszcze spała, odbijając sobie tydzień wczesnego wstawania. Odstawiłem bagaż Lenki do jej pokoju i poszedłem zrobić śniadanie. Musiałem coś zjeść, żeby nie paść w połowie drogi na halę. Nasz drugi skład grał dziś mecz towarzyski z technikum.
Pokręciłem głową, słysząc szuranie bamboszy, tylko mama je nosiła.
– Próbowałem być cicho. Przepraszam, nie chciałem cię budzić. Zrobić ci kawę?
Przedłużające się milczenie skłoniło mnie do odwrócenia głowy.
Ja. Rocznikowo dziewiętnaście. Metr osiemdziesiąt trzy. Oparty o kuchenny blat, nalewający wrzątek do kubków.
A w progu obcy. Na oko dwudziestopięcioletni. Metr siedemdziesiąt. W spodniach od piżamy i gościnnych kapciach. Patrzący na mnie jak na bliski wybuchu wulkan.
Cudowna scenka rodzajowa.
*
Do rzeczywistości przywróciło mnie pstrykanie palcami. Dopiero wtedy zauważyłem, że mecz dobiegł końca, drużyny uścisnęły sobie dłonie, chłopaki wracali do szatni.
Aleks zerkał na mnie, opierając się o barierkę.
– Stało się coś?
Pokręciłem tylko głową, gestem dając do zrozumienia, że chcę już iść.
Nie dopytywał. Wiedział, że sam mu powiem, kiedy będę gotowy.
Luty
– Co byś zrobił, gdyby twoja mama zaczęła się z kimś spotykać?
Dłonie przyjaciela zamarły w połowie ruchu i przestały nakręcać smyczek.
– Od śmierci ojca jest przerażająco zdystansowana, więc pewnie bym się ucieszył. O ile byłby to ktoś porządny. Z sercem i mózgiem w odpowiednich miejscach.
Popatrzył na mnie tak, jak tylko on potrafił. Jakby mógł zobaczyć, co mam w środku.
– Nie o to chciałeś zapytać – na końcu zdania nie pokazał pytajnika.
– Sam już nie wiem, co myśleć.
Odruchowo potarłem nasadę nosa. Zawsze to robię, jak się denerwuję.
Nie wiedziałem, czy jestem zły, rozczarowany, smutny, czy zwyczajnie nie obchodzi mnie postępowanie mojej własnej matki. Ojciec bywał w domu rzadko. Zawsze na Wielkanoc, zazwyczaj na Boże Narodzenie. Oboje byli relatywnie młodzi – jeśli spojrzeć na wiek rodziców moich rówieśników. W jakiś sposób ją rozumiałem. Tata pewnie też nie był święty. Tylko czy półnagi facet (który mógłby być moim odrobinę starszym bratem), wychodzący rano z sypialni mojej mamy to widok, którego powinienem być świadkiem?
Przerwało nam pukanie do drzwi. Szpakowaty mężczyzna w stalowym garniturze przekraczający próg ewidentnie nie był pracownikiem MDKu.
– Przepraszam – jego głos był mocny i niski, w połączeniu z kanciastą sylwetką zaskakująco ciepły. – Powiedziano mi, że znajdę tu Aleksandra Czarneckiego.
Przyjaciel wstał i zbliżył się do przybysza, a ten z uśmiechem podał mu dłoń.
– Maurycy Król. Niezmiernie miło mi pana poznać.
Dwa gesty i zerknięcie w moją stronę wystarczyły, aby na twarz mężczyzny wpełzło zdezorientowanie. Postanowiłem uprościć sytuację.
– Mnie również miło. – Podniosłem się z wersalki i stanąłem obok kumpla. – To właśnie powiedział. Igor Czerwiński. Mogę tłumaczyć.
Pan Król ledwo dostrzegalnie odetchnął z ulgą.
– Pozwolicie, panowie, że przejdę do sedna.
Wyjął tablet z trzymanej pod pachą aktówki, kliknął coś szybko.
Jakość dźwięku, który popłynął z maleńkiego głośniczka, nie była najwyższych lotów, jak i samo nagranie – zapewne nakręcone komórką. Melodia była zagłuszana komentarzami i okrzykami, ale poznałbym ją wszędzie.
– Zakładam, że pan jest na filmie.
Aleks przytaknął.
– Realizuję projekt „Nowoczesna Klasyka”. Jest skierowany do młodych, wykonujących muzykę rozrywkową na instrumentach klasycznych. Warsztaty będą trwały cztery tygodnie, chciałbym zakończyć je nagraniem płyty. – Tu zawiesił głos, jakby się nad czymś zastanawiał. – Przy okazji... czyj był utwór, który zagrał pan na końcu?
– Sam go napisałem – odpowiedział odruchowo Aleks.
– Wspaniale! Z chęcią umieściłbym go na płycie. O ile, oczywiście, byłby pan zainteresowany udziałem w projekcie.
Widziałem, jak palce przyjaciela nieruchomieją. Nie odmówi. Błagam, niech nie odmawia…
– Nie wiem czy… W tym roku przygotowuję się do matury, testów na studia. Muszę to przemyśleć – przetłumaczyłem płynnie, choć przez chwilę myślałem, że słowa ugrzęzną mi w gardle.
– Rozumiem. – Mężczyzna zasępił się, ale ku mojej uldze nie zrezygnował. Sięgnął do teczki. – To moja wizytówka. Proszę się ze mną skontaktować, jeśli się pan zdecyduje. Powodzenia na egzaminach i do zobaczenia, mam nadzieję.
Pożegnał się z nami krótko – uściskiem dłoni.
Kiedy tylko drzwi się zamknęły, trzepnąłem kumpla w potylicę. Rzucił mi pełne wyrzutu spojrzenie. Nie podziałało.
– Wiesz, co właśnie zrobiłeś? – syknąłem. – Taka okazja zdarza się raz!
– Nie mogłem się z marszu zgodzić. Nie rzucę wszystkiego, bo pod tęczą może czekać złoty garnuszek!
– Nie dowiesz się, jeśli nie sprawdzisz.
Wyrzucił dłonie w powietrze, w geście rozdrażnienia i rezygnacji. A potem zwyczajnie mnie zignorował, nastroił altówkę i zaczął ćwiczyć.
Wiedziałem doskonale, dlaczego się wahał. Jak zawsze, stojąc przed wyborem spełnienia cudzych oczekiwań i obrania własnej drogi – decydował się na to pierwsze. Nie potrafił zrobić czegoś dla siebie, jeśli mógłby tym rozczarować matkę. Kiedyś lubiłem tę kobietę. Później czułem wobec niej respekt. Nie pamiętam dokładnie, w którym momencie zacząłem ją nienawidzić.
*
Atmosfera w szatni niczym nie przypominała tej przed meczem. Nerwowość, która wypełniała każdy zakamarek tego niedużego pomieszczenia, zniknęła zupełnie, ustępując uczuciu zawodu. Pewności, że mogliśmy więcej. Różnica nie była aż tak duża – trzy kwarty przegrane jednym, dwoma rzutami. Zawalić w finale z takim wynikiem… To zakrawało na żart.
Niektórym z nas było szkoda, ale nie uważaliśmy drugiego miejsca za wielką tragedię. Z kolei ci, którzy chcieli związać z koszem swoją przyszłość, spochmurnieli i schodzili z boiska, jakby szli na ścięcie. Kapitan próbował podnieść ich na duchu.
*
Gwizdek. Odłożenie piłek, szybka zbiórka, zapewnienie trenera, że daliśmy z siebie wszystko, plan treningów na kolejny miesiąc. Przekazanie tytułu kapitana Kacprowi, bo przecież trzecioklasiści za dwa miesiące pożegnają liceum.
– Dobra, panienki – zaczął Marek, patrząc na nas bojowo. – Dość żałoby, drugie miejsce to nie koniec świata, wygracie złoto w przyszłym roku. Kamil, nie maż się. – Eks‑kapitan oparł pięści o biodra, ale kontynuował łagodniejszym tonem. – Jak pamiętacie, za dwa tygodnie wybija mi dziewiętnastka i jak co roku będzie impreza. Czujcie się zaproszeni. – Wycelował palcem w trybuny. – Ty też, aspołeczny artysto. Igor, jak się będzie opierał, zmuś go.
Prawie się roześmiałem. Nie zrobiłem tego tylko dlatego, że byłby to raczej mało wesoły wybuch. Akurat ty powinieneś wiedzieć, że to niewykonalne, kapitanie…
Marzec
Goście stanowili barwną zbieraninę. Część znałem, chodzili do naszego liceum, część widywałem przelotnie na ulicach miasta, części nie kojarzyłem absolutnie. Nie przeszkadzało to jednak w integracji, po godzinie twarze zyskały imiona, nawet jeśli często się myliłem. Wśród imprezowiczów znajdowały się niestety osoby, których normalnie unikałbym za wszelką cenę (jak Sebastian, który przyszedł w towarzystwie – cóż za zaskoczenie! – „tego rudego chłopaka z 3A”), kilku zwyczajnie nie polubiłem, ale nikt mnie do tego przecież nie zmuszał.
Gospodarz wirował w tłumie, zagadując, trochę tańcząc, po prostu dobrze się bawiąc. Poza obecnością tortu i obowiązkowemu odśpiewaniu „Sto lat!” przyjęcie nie różniło się niczym od zwykłej domówki.
Kilka osób rozpoznało Aleksandra. Powodował zamieszanie, gdziekolwiek się pojawił – albo ktoś widział jego występ (na żywo lub w Internecie), albo zaczynał niewygodnie wypytywać o niecodzienną formę komunikacji (za jaką uchodził notatnik). Przez jakiś czas kręciliśmy się wśród ludzi, aż przyjaciel zniknął mi z oczu.
Podjąłem się poszukiwań przed trzecią. Szło mi kiepsko, co chwila ktoś mnie zatrzymywał, więc cel namierzyłem dopiero koło czwartej. Pomógł mi w tym Marek, sugerując sprawdzenie balkonu.
Siedział na progu, owinięty kocem. Towarzyszył mu jedynie Mefistofeliks – malamut, wierny strażnik i przyjaciel pana domu. Leżał spokojnie, z pyskiem na kolanach Aleksa, pozwalając mierzwić sobie futro. Uniósł czujnie łeb, słysząc moje zbliżające się kroki, ale nie odsunął się od chłopaka choćby o milimetr.
– Zmarzniesz – powiedziałem miękko.
Reakcja kumpla – nagłe odwrócenie głowy i wyprostowanie się – świadczyła, że nie usłyszał mnie wcześniej. Uśmiechnął się. Odlegle. I tak jakoś…
– Nie ma takiej opcji. To bydlę grzeje jak piec. – Podrapał psa za uchem. – I Marek przyniósł mi koc. Chcesz się zwijać?
– Julka pytała, czy nas podwieźć.
Kiwnął głową, wstając.
Pożegnaliśmy się z kapitanem. Musiał trzymać Mefistofeliksa, żebyśmy w ogóle mogli wyjść.
*
– Jesteś pewny?
– Ta, idź pierwszy. – Oparłem czoło o blat biurka. – Trochę posiedzę, przejdzie.
Stuknął palcami we framugę, chcąc jeszcze przez chwilę skupić na sobie moją uwagę.
– Nie zamykam drzwi, jakbyś…
– Łapię – przerwałem mu w pół gestu i ponownie zająłem pozycję pół‑horyzontalną.
Do moich uszu dotarł szum prysznica.
Kiedy ostatnio się tak upodliłem? W zeszłym roku. Też na urodzinach Marka. Pozwolił nam przekimać u niego. Wtedy jeszcze był z Aleksandrem.
Z Aleksandrem.
Wszystko pomiędzy nami już dawno stało się takie… Byliśmy obok, granica przesuwała się powoli, czasem miałem wątpliwości, czy wciąż stoi. Chwilami zachowywaliśmy się jak małżeństwo z dwudziestoletnim stażem, wystarczyło jedno spojrzenie, żeby się porozumieć. I właśnie wtedy, kiedy myślałem, że między nami jest tylko cienka bariera, która właściwie niczego nie odgradza, uderzałem w ceglany mur. Bo rzeczy dla mnie oczywiste – dla niego nie istniały. Nie pozwalał im istnieć.
Podniosłem głowę na dźwięk bosych, lekko wilgotnych stóp, klapiących po panelach.
– Leć. Nie zaśnij, nie będę cię nosił.
Usiadł na skraju biurka, wycierając mokre włosy.
– Dzwoniłeś do gostka od warsztatów?
– Nie. I nie chcę teraz o tym gadać. – Przewrócił oczami. – Jak bardzo chcesz, wrócimy do tego rano, poza…
– Rano też mnie spławisz – burknąłem. – Dlaczego ciągle się wahasz? Przecież to nie tak, że tego nie chcesz.
– Przestań.
Jego spojrzenie stwardniało.
– Zwyczajnie boisz się, że to wypali – kontynuowałem, wstając. – Boisz się chcieć, boisz się mieć kaprysy.
– Po prostu nie ulegam wszystkim.
Zignorowałem stanowczość każdego ze znaków.
– Jak zaczyna się robić poważnie, wycofujesz się. Tak jest z altówką. Tak było z Bastkiem.
– Że co?
– Wodził za tobą wzrokiem od listopada, odkąd zaczęliście wspólnie grać. – Rozkręcałem się, mówiłem z tylko sobie znanym sensem i obaj już wiedzieliśmy, że jutro będę żałował, ale nie potrafiłem się zatrzymać. – Myślisz, że dlaczego się tak zachowywał na studniówce? Nawet dziś. Przyszedł z „tym rudym”, ale obaj wiemy, że wciąż interesujesz go ty.
– Nie mam zamiaru…
– Kiedy zrezygnujesz ze mnie? – Chwyciłem jego dłoń, przerywając mu w połowie zdania.
Nie odpowiedział. Nie zabrał ręki. Chciałem wymusić na nim jakąkolwiek reakcję. Jej brak był dla mnie… Jakby dał mi w twarz. W tamtej chwili wolałbym, żeby faktycznie to zrobił.
Pomyślałem: dlaczego nie? A potem przestałem myśleć.
Jego usta niewiele różniły się od moich własnych. Wciąż odrobinę smakowały wiśniówką. Niczym nie przypominały tych, które zwykłem całować – miękkich, kobiecych – ale nie chciałem, żeby się odsuwał. Chciałem odpowiedzi. Czegokolwiek. Uderzenia, próby odrzucenia, wyrwania się, zniósłbym nawet zaangażowanie – żadna z tych rzeczy nie nastąpiła.
Zamiast tego poczułem, jak zastyga w bezruchu. Jak cały sztywnieje, czując moje palce we włosach na karku. Nie odepchnął mnie także, kiedy niemalże siłą pogłębiłem pocałunek.
Otrzeźwiły mnie dopiero paznokcie, boleśnie wbijające się w moje przedramię. Ale tego też nie zrobił specjalnie, raczej odruchowo; kiedy przez nieuwagę dotknąłem jego blizn. Dotarło do mnie, co zrobiłem. Tak właśnie wygląda pociągnięcie za te „wspólne sznurki”? Nie zrywa więzi – powoduje, że sam się rozpadasz.
Bezsilnie opierając głowę o jego ramię wyszeptałem tylko jedno słowo.
– Przepraszam.
– W porządku.
Kiedy wróciłem, wciąż stał przy oknie. Wystukiwał palcami rytm jakiegoś znanego, klasycznego utworu – jednego z tych, które zanuci każdy, ale nie zna tytułu.
Zawinięty w kołdrę, zaczynałem przysypiać. Na granicy snu poczułem uginający się obok materac.
Kwiecień
– Skupcie się! – krzyknął Kacper, chyba setny raz, po czym klapnął z rezygnacją na ławce obok trenera.
– Borze, widzisz i nie szumisz – jęknąłem żałośnie, opierając podbródek o balustradę. – To już drugi tydzień.
– Są zmęczeni i rozczarowani, ale przecież zostali w drużynie – uspokoił mnie Marek. – Pozbierają się.
– Wiem. Ale nie przestaje mnie to wkurzać – mruknąłem, zerkając na zawieszony nad wyjściem z boiska zegar. – Spadam. Aleks pewnie już czeka.
Kumpel pożegnał mnie gestem i wrócił do obserwowania rozgrywki.
Powolnym krokiem wyszedłem z hali.
Nie poruszaliśmy tematu przyszłości Aleksandra. Potrzebował spokoju, żeby przemyśleć, czego tak naprawdę chce od siebie. Mnie pozostawało czekać i nie wtrącać się, wesprzeć, cokolwiek postanowi. Sporo zajęło mi dojście do tego wniosku. Rankiem przy śniadaniu, po moim wybuchu, wymieniając z przyjacielem krótkie, szorstkie gesty zrozumiałem, że prawie zachowałem się jak jego matka. To chyba gryzło mnie najbardziej. Że próbowałem wymusić na nim działanie, które by mi odpowiadało, nie przejmując się jego zdaniem.
On nie podjął kwestii pocałunku. Wiedział, dlaczego to zrobiłem i co to naprawdę oznaczało. Nie czuliśmy potrzeby bardziej tego roztrząsać.
*
„Taniec z szablami”. Słyszałem go już na korytarzu. Generalnie nie było najgorzej, ale coś się zmieniło. To było na tyle abstrakcyjnie, że chwilę zajęło mi ogarnięcie, co właściwie jest nie tak.
Aleks nigdy tak nie fałszował.
Siedział na brzegu sceny. Nie zwrócił uwagi na moje wejście. Jego ruchy traciły płynność, jakby trzymał instrument pierwszy raz po miesiącach przerwy. Ewidentnie myślami był gdzieś indziej.
– Hej! – rzuciłem, chcąc sprowadzić go do rzeczywistości.
Wzdrygnął się, zaskoczony. Zogniskował na mnie rozkojarzony wzrok. Jakby zastanawiał się, co tu robię.
– W porządku? – spytałem łagodniej.
Wahał się, aż w końcu pokręcił głową, ale nie wyjaśnił. Próbował dostroić altówkę. Nie szło mu.
– Aleks…
– To nic – przerwał mi jednym ruchem, nie przestając majstrować przy kołkach. – Trening?
– Beznadziejnie. – Pozwoliłem na zmianę tematu. – Dwa tygodnie, a chłopaki wciąż grają, jakby pierwszy raz dostali piłkę w ręce.
– Pozbierają się – nieświadomie powtórzył słowa Marka.
– A ty? – zacząłem cicho. – Pozbierasz się?
Popatrzył na mnie znad gryfu. Nie skomentował, zajęte ręce stanowiły prostą wymówkę. Ignorując moje pytanie, wrócił do przerwanego utworu.
Po kilku taktach usłyszałem króciutki, brzękliwy odgłos, jakby coś się zerwało. Aleks odruchowo syknął i błyskawicznie odsunął od siebie altówkę, jedna ze strun odstawała i zwisała smętnie.
W sekundę byłem przy nim, jedną ręką odkładając instrument, drugą odciągając dłoń kumpla od jego twarzy.
– Spokojnie, pokaż – zacząłem ostrożnie, drżącym głosem. Odetchnąłem z ulgą, widząc jedynie cienką, pionową pręgę na policzku i szczęce. – Nie przecięła skóry, ale powinieneś przyłożyć coś chłodnego. Jutro będziesz wyglądał, jakbyś się z kimś bił.
Przyjaciel odchylił się i położył na scenie, nie patrząc na mnie.
– Altówka i kompozytorski.
– Co? – Nie zrozumiałem.
– Złożyłem papiery. Pod koniec kwietnia mam egzaminy.
– Su… – zdanie ugrzęzło mi w gardle. Gdyby powiedział to miesiąc temu, z radości rozniósłbym MDK. Teraz cieszyłem się, ale jednocześnie poczułem żal. Do siebie, bo miałem wrażenie, że…
– Powiedziałem dziś matce – kontynuował, ignorując brak jednoznacznej odpowiedzi. – Dawno nie widziałem jej tak wściekłej. Powiedziała, że jestem jak ojciec, krótkowzroczny, egoistyczny, podążający za zachciankami. W tamtej chwili nie znalazłem w niej nic, co tata mógłby pokochać.
– Aleks, ja… – spróbowałem ponownie. Właściwie nie wiedziałem, jakich słów mam użyć, żeby dobrze mnie zrozumiał.
– Przestań. Nie cierpię, jak to robisz. – Usiadł, odwracając się w moją stronę. Uśmiechał się lekko. – Nie zmusiłeś mnie przecież, nie udałoby ci się, gdybym sam nie chciał.
Sięgnął po altówkę, powoli odkręcił kołek i wyjął pękniętą strunę spomiędzy maszynek. Schował instrument do pokrowca.
– Zrobiłem to po imprezie urodzinowej Marka – podjął. Jego gesty były miękkie, spokojne. Nie odrywałem od nich wzroku, nie chcąc czegoś przegapić. – Kiedy wyszedłeś, nastroiłem ją, zagrałem „Ave” Gounoda. Dokładnie wytarłem lakier, zatrzasnąłem ją w futerale i pomyślałem: już nigdy więcej cię nie dotknę.
Gdzieś po lewej zabolały mnie żebra.
– Próbowałem to sobie wyobrazić. Siebie bez niej. Za dwa lata, pięć, siedem. Nie potrafiłem.
Wstał, zarzucając na plecy bluzę.
– Podnoś tyłek. Potrzebuję nowych strun. Muszą się dociągnąć, żeby nie puszczały na egzaminie.
– Wiesz, że jako twój przyjaciel, powinienem ci teraz przywalić? – Zawiesiłem sobie futerał na ramieniu. – Czekałeś dwa tygodnie, żeby mi powiedzieć!
– Poza tym, że ucieszyła cię moja decyzja… Jak się poczułeś, kiedy ją poznałeś?
Touché.
– Miałem ochotę strzelić sobie w twarz.
– Gdybym powiedział ci wtedy, zrobiłbyś to.
Przetrząsnął kieszenie w poszukiwaniu klucza do salki, zerknął na mnie przez ramię.
– Idziesz?
*
– Co jest? Tak proste zadania rozwiązujesz przez sen – Marek zbeształ mnie szeptem, jak tylko wróciłem do ławki, odprowadzany czujnym wzrokiem nauczyciela.
Pokręciłem tylko głową, nawet nie próbując ubrać odpowiedzi w słowa.
– Chociaż postaraj się skupić. – Kapitan posłał mi błagalne spojrzenie. – Matematyk wygląda, jakby chciał przywołać cię do porządku głosem mocy.
– Prosisz o nieosiągalne – mruknąłem.
– Igor… Jesteś jego najlepszym uczniem, pod koniec lekcji facet powiesi się w składziku.
Męczeńsko oparłem czoło o chłodną ławkę. Jak mogłem zebrać myśli? Jakieś sześćdziesiąt kilometrów stąd kształtuje się bliska przyszłość mojego najlepszego kumpla, brata niemalże. A ja siedzę i liczę deltę.
Bywam nadopiekuńczy. Bardzo.
Tak naprawdę nie sądziłem, że pan Król mógłby być nieuczciwy wobec Aleksandra, a ten przecież miał własny, sprawny mózg.
Na dzwonek kończący lekcje zareagowałem cichym westchnieniem ulgi. Powoli zacząłem pakować książki.
– Marzycielu, idziesz na trening? – spytał Marek. Sądząc po barwie głosu, robił to drugi raz.
– Czemu nie? – wzruszyłem ramionami. Chętnie popatrzę, jak radzi sobie Kacper.
Niezbyt skupiałem się na grze, ale ta odrobina poświęconej rozgrywce uwagi wystarczyła, żeby ocenić sytuację. Chłopaki byli zgrani jak dawniej, widocznie przestali rozpamiętywać zimowy turniej i przyzwyczaili się do zmiany stylu, niejako wymuszonej odejściem najstarszych członków drużyny.
– Cieszę się, że właśnie jego wybrałem. Daje radę – komentarz kumpla sprowadził mnie do rzeczywistości. – Wie, kiedy ich pochwalić, a kiedy pocisnąć. Wystarczył niecały miesiąc, żeby przestali potykać się o siebie nawzajem. Chwilami, jak na nich patrzę, to…
Nie słuchałem go dalej. Podskoczyłem na dźwięk przychodzącego SMSa, niemal rzuciłem się, żeby go odebrać.
Krótki komunikat. Dwa słowa. Tyle wystarczyło, żeby uspokoić myśli i odsunąć niepokój.
– To jakiś nowy szyfr? – mruknął kapitan, zaglądając mi przez ramię. – Na to czekałeś cały dzień?
– Żaden szyfr. Kawałek układanki.
Nie mogłem powstrzymać uśmiechu, czytając wiadomość ponownie.
„Uległem kaprysowi”.
