Actions

Work Header

nothing is ever easy; larry stylinson

Summary:

─ you should be starin' at the sky
the birds just passin' by, love

całe ich życie toczyło się w ukryciu, z dala od kamer, w domowym zaciszu, gdzie liczyli się tylko oni

[warnings: sexual intercourse, vulgar language]

Notes:

enjoy! x
it is my first one-shot in my native language but i’m planning to release english version too.

Work Text:

Dom Harry'ego w Londynie znajdował się w przyjemnej, cichej okolicy. Było to dużym plusem nie tylko dla ich prywatności, ale również sprzyjało długiemu wylegiwaniu się w łóżku porankami, albo jak w ich przypadku przedpołudniami. Także dlatego dzisiejszy dzień zaczęli później niż normalni ludzie w ich wieku, ciesząc się snem tak długo, ile tylko potrzebowali, jakby wręcz nadrabiali stracone lata za czasów bycia w zespole. Promienie słoneczne porannego słońca, tańczyły przedzierając się przez zasłony i padały na splątanych w uścisku mężczyzn, okrytych satynową pościelą. W ich nogach leżała czarna, mała kulka, pełna lokowanej sierści. Pierwszy przebudził się leżący na ogromnym łóżku szatyn, z zawodem opuszczając krainę Morfeusza. Otworzył oczy i omiótł spojrzeniem bruneta, leżącego po jego prawej stronie. Niestety już nie tak długowłosego jak jeszcze kilka lat temu, jednak Louis nie narzekał na tą zmianę ukochanego. Kochał go w każdym wydaniu, nie ważne jak wyglądał. Lekki, błogi uśmiech rozjaśnił jego twarz, gdy odgarnął włosy okalające buzię młodszego. Przesunął się nieznacznie, pełznąc prawie po omacku w kierunku ciepłego ciała. Harry wydał z siebie ciche mrukniecie, gdy Louis przylgnął do jego pleców. Brunet mimowolnie wyrzucił do tyłu ramię, które jakby szukało we śnie talii Louisa. Tomlinson podsunął się do góry, powoli przecierając oczy, po czym wyciągnął rękę, aby leniwie pieścić pukle włosów wybranka. Obserwował jak promyki porannego słońca uwidaczniają rysy Stylesa. Uwielbiał te krótkie momenty, gdy byli bezpieczni i całkowicie odseparowani od świata zewnętrznego. Oboje byli wdzięczni za swoich fanów, jednak te chwile mieli jedynie dla siebie i były tylko ich; całkowicie prywatne i intymne. Słońce prześlizgiwało się po rozczochranych włosach, bladych policzkach, półprzymkniętych powiekach, by na koniec omieć pełne, malinowe usta. Lou dotykał opuszkami palców włosy śpiącego mężczyzny, co jakiś czas nawijając pojedyncze kosmyki na swoje chude palce. Brunet miał cudowne włosy; bujne, lekko kręcone i przede wszystkim bardzo gładkie, z powodu specjalnej pielęgnacji i przesadnej obsesji na ich punkcie Harry'ego. Tomlinson zawsze mu ich zazdrościł, dlatego potrafił spędzać liczne godziny na gładzeniu włosów swojego chłopaka, kiedy on leżał mu na kolanach lub po prostu gdy nadarzała się do tego okazja.
Był zmuszony oderwać wzrok od ukochanego, gdyż Clifford również się przebudził i ewidentnie domagał się uwagi właściciela.

— Cześć, Cliff. — wyszeptał, wyciągając rękę w stronę kudłatego łebka psa. — Wypuścić Cię, brachu?

Pies, jakby zrozumiał o co mu chodzi i zamerdał ochoczo ogonem. Szatyn był zmuszony wstać i chociaż wypuścić zwierzę z ich sypialni. Drzwi lekko trzasnęły zza psem.

— Dzień dobry. — usłyszał dochodzący zza pleców szept i uśmiechnął się mimowolnie na ochrypnięty od snu głos Harry'ego.

— Hej — odezwał się miękko Louis, patrząc wprost na zaspanego drugiego mężczyznę. Pomyślał, że nigdy nie znudzi mu się ten widok. — Wyspałeś się?

— Tak. Wracaj tu, Louuu. — wymruczał Styles, na co Louis tylko wskakując, jak beztroski pięciolatek, z powrotem na łóżko. Brunet nie czekał ani chwili, odrazu przesuwając się jeszcze bliżej mężczyzny, tak, że stykali się rozgrzanymi ciałami na prawie całej długości. Piosenkarz poczuł jak drugi splata ich nogi pod kołdrą.

— Masz jakieś plany?

— Oczywiście.— odparł Harry i uniósł się na rękach, by go pocałować. Skradł powolnego całusa, na co uśmiech Louisa wyraźnie się powiększył o ile to jeszcze było możliwe. Wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie i Harry już miał mu proponować, aby nie wychodzili przez cały dzień z łóżka. Ich wolne pomiędzy koncertami zbliżało się nieuchronnie do końca i już niedługo oboje mieli ponownie ruszyć w trasy po różnych zakątkach świata.

— Podnieś się skarbie. — powiedział, po czym pociągnął go za rękę, aby oparł się plecami o wezgłowie łóżka.

Tomlinson usadowił się wygodnie na biodrach bruneta, pochylił się nad nim, aby chwilę później z namiętnością obcałowywać szyję mężczyzny. Harry jednak nie był tym usatysfakcjonowany, przez co gdy próbował dosięgnąć jego ust, spowodował przyjemne tarcie ich dolnych partii ciała, na co oboje cicho westchnęli, wyrażając tym samym wręcz niemą aprobatę do pomysłu co zagościł im obu w umysłach.

— Spokojnie — szepnął przeciągle szatyn, wprost do ucha bruneta, owiewając je ciepłym oddechem. — Mamy całą wieczność, nigdzie nam się nie śpieszy.

— Przestań się droczyć, Loueh.

— Nie droczę się, drogi Hazz, to Ty jesteś niecierpliwy kochanie. — sarknął, na co Styles odpowiedział mu znużonym westchnięciem.

Louis wplótł ręce w loki Harry'ego delikatnie za nie sciągnąć i łącząc ich usta w powolnym pocałunku.

— Louis, zrób coś. — mruknął niezadowolony, gdy starszy przerwał pocałunek.

— Przestań się rządzić, młody Haroldzie, jesteś.... — nie dokończył, ponieważ Harry gwałtownie przewrócił go na plecy po czym unieruchomił go pod sobą.

— Dopiero zacznę, Lou. — powiedział, po czym uniósł biodra w celu pozbycia swoich bokserek.

Louis leżał niespokojnie na łóżku i tęsknym wzrokiem obserwował poczynania bruneta, który po chwili był już cały rozebrany, ponownie ułożył się na kochanku. Harry podniósł rękę i powiódł opuszkami palców po nagiej piersi mężczyzny, zatrzymując się chwile dłużej na poszczególnych tatuażach, po czym następnie ulokował je na jego biodrach. Młodszy odwdzięczył mu się mokrymi pocałunkami wyznaczającymi ścieżkę od szyi szatyna tuż po samą gumkę bokserek. Zatrzymał się tuż przed bielizną, by chociaż odrobinę na nim odegrać. Ciepłym oddechem owiał jego podbrzusze. Następnie brunet minimalnie odsunął się od straszego, aby umożliwić ściągnięcie bokserek Tomlinsona leżącego pod nim. Uwielbiał widok Louisa pod sobą, ale częściej jednak wolał, aby ten zajął się nim. Zdecydowanym ruchem pozbył go bielizny, na co szatyn wygiął plecy w łuk, wydając cichy, przepełniony emocjami jęk, gdy Styles dotykał wrażliwej, jeszcze niedawno ukrytej pod bielizną skóry. Poczuł strumyczek lepkiej, ciepłej wilgoci zbierającej się w szczelinie główki penisa Louisa i powoli skapującej wzdłuż. Nie spiesząc się, Harry kilkukrotnie przesunął językiem po całej długości jego członka, zanim zassał się na główce. Widział, że starszy zawsze jest bardzo chętny i szybko się niecierpliwi; a to jemu wypominał brak samokontroli.

— Hazza... — wysapał Louis.

Uwielbiał, kiedy Tomlinson stawał się słodkim, jęczącym bałaganem jedynie za sprawą jego dotyku. Przez lata ich związku oboje nauczyli się jak najlepiej dbać o siebie nawzajem i jak sprawić drugiemu przyjemność. Poruszał głową powoli w przód i w tył, starając się dać Louisowi odczuć jak największą satysfakcję.

— Harry, musisz przestać. 

Młodszy niemal od razu zareagował na polecenie i położył dłonie na tylnej stronie jego ud, delikatnie pieszcząc te miejsce opuszkami. Rozchylił oraz uniósł je, odrywając pośladki mężczyny od łóżka. Prowokacyjnie oblizał wyschnięte wargi, zanim zszedł w dół i prawie napastliwym ruchem przebiegł całym językiem wzdłuż członka Tomlinsona oraz jego szczeliny między pośladkami. Poczuł ledwo powstrzymane szarpnięcie rozłożonego przed nim gorącego ciała i całkowicie skupił się na wydawanych przez niego odgłosach. Niespiesznie rozciągał szatyna palcami. Tomlinson praktycznie wił się w potrzebie, łapiąc dwoma rękami za jego włosy w próbie otrzymania większej ilości doznań. Rozsunął jego drżące nogi szerzej, aby było im obu wygodniej. Harry zatoczył biodrami kilka kręgów, przyzwyczajając Louisa na siebie. Mężczyzna pchnął mocniej, gdy był w pełni pewien, że może, jednocześnie pochylając się w stronę klatki piersiowej kochanka. Lubieżnie przycisnął usta do jego rozpalonej skóry, zostawiając na niej zaczerwione ślady.

— Hazza.— wychrypiał przeciągle Louis, wykonując chaotyczne ruchy biodrami.

Pozostał w odległości pozwalającej na kilka starannie wymierzonych, płytkich ruchów i dopiero wtedy uległ błagalnemu tonowi głosu chłopaka. Z większą siłą zaczął napierać na leżące pod nim ciało. Spojrzał na Louisa wprost jego rozemocjonowaną, spoconą twarz i zaróżowione policzki, jednak najintensywniej wpatrywał się jego niebieskie oczy, w których widział czyste pragnienie. Uwielbiał oczy Louisa. Niebieskie niczym jak kolor czystego letniego nieba lub krystalicznie przejrzysta woda w jeziorze. Oczy Lou doskonale odzwierciedlały jego emocje, których nigdy nie dało odczytać się z jego twarzy. Zawsze go zachwycały tym jak błyszczały, jednak w obecnej chwili, Harry był wstanie przysiąc, że błyszczały jeszcze jaśniej niż zwykle. Oboje płytko oddychali, co raz wydając z siebie ciche jęki. Powolnym ruchem wysunął się z mężczyzny, aby chwilę później ponownie znaleźć się w jego wewnętrzu. Zgrabnie podchwycił Tomlinsona za nogi i ułożył je sobie na biodrach, zachęcając go do wsparcia się na nich wygodnie. Starszy ochoczo przystał na tę pozycję, więc Styles pchnął mocniej. Delektował się siłą otaczającego go umięśnienia. Początkowe czułości i łagodności uszły dawno w niepamięć. Wszystko opierało się na zaspokojeniu siebie nawzajem. Napierali na siebie i trzęśli się razem, do czasu, aż ich klejące się od potu, ciała nie osiągnęły stanu rozkoszy. Harry wpatrywał się przed siebie w skupioną twarz Lou, obserwując na niej gromadzące się napięcie, gotowe do ujścia w każdym momencie. Uniósł rękami jego pośladki, podnosząc go wyżej i wbijając się w niego ostatnim zdecydowanym ruchem. Gwałtownie z gardła szatyna wydarł się przenikliwy jęk, donośniejszy od wszystkich wcześniejszych, strumień białego nasienia, spłynął mu na podbrzusze. Widok dochodzącego Louisa doprowadził Harry'ego na skraj spełnienia. Mocniej wbił paznokcie w pośladki kochanka i dosłownie pojedynczym pchnięciem szarpnął jego ciało i wszedł w nie ostatni raz. Jego organizmem zawładnął orgazm, wykorzystując nagromadzone ostatki sił. Oparł ręce po obu stronach kochanka, uspokajając targające jego ciałem spełnienie. Kilka długich minut później, odsunął się od starszego i ułożył mu w wygodniejszej pozycji nogi, lekko odrętwiałe po czasie stosunku. Następnie osunął się bezwiednie na materac obok Tomlinsona. Rozłożony na skotłowanej kołdrze, oddychał głęboko umożliwiając powrót do prawidłowego krążenia krwi we własnym ciele. Leżeli dłuższa chwile, milcząc i wyrównując własne oddechy. W końcu Louis się poruszył i obrócił w stronę jego.

— Wymęczyłeś mnie. Teraz musisz przygotować mi śniadanie. — prychnął rozbawiony, gdy przechwycił rozbiegłe spojrzenie Stylesa.

Kosmyki jego włosów gdzie nie gdzie były poprzyklejane do jeszcze spoconego czoła, a usta szatyna ułożone w delikatnym, czułym uśmiechu; ten widok zawsze niesamowicie rozczulał młodszego. Nie mógł się powstrzymać przed złożeniem czułego pocałunku na jego czole.

— Myślę, że da się to załatwić. — odparł z uśmiechem. — Idę, jak codzień od przeszło trzech tygodni, do kuchni i przygotuje śniadanie dla Ciebie królewiczu, a Ty bądź tak łaskaw i w tym czasie weź prysznic. — powiedział i nie czekając na odpowiedź, wstał z łóżka, ponownie cmoknął, nadal rozkojarzonego, Louisa w czoło i wyszedł z sypialni.

*  *  *

Harry przeciągnął się leniwie i usadowił wygodniej na krześle. Upił właśnie porządny łyk herbaty, kiedy do kuchni wszedł, świeżo umyty Louis. Szatyn był ubrany tylko w szare dresy, miał mokre włosy i ręcznik przewieszony na ramionach. Tu i ówdzie kropelki wody jeszcze spływały po jego ciele, co świadczyło o tym, że nie przywiązał szczególnej uwagi do wytarcia swojego ciała. Wszystkie tatuaże odznaczały się na jego chudym torsie. Styles zmierzył go intensywnym spojrzeniem i uśmiechnął się szczęśliwy, że za większością z nich kryła się część ich wspólnej historii i wspomnień.

— Wyglądasz nieziemsko. — mruknął lekko ochryple.

Louis uśmiechnął się, odłożył ręcznik na nieopodal stojące krzesło, podszedł do Harry'ego i ucałował go przelotnie.

— Co tak pachnie? — zapytał szatyn, głęboko wciągając powietrze. Czuł intensywny zapach bekonu i trochę delikatniejszy jajecznicy.

— Zrobiłem śniadanie. — oznajmił. — Na co masz ochotę?

Louis zamknął oczy i odetchnął jeszcze raz rozkoszując się wszechogarniającym go zapachem. Trwał tak, dopóki nie usłyszał melodyjnego śmiechu sprowadzającego go z powrotem na ziemię.

— No co? Pachnie obłędnie. — odpowiedział Tomlinson.

— Bo to ja gotowałem. Podczas trasy nikt Ci nie będzie gotował tak jak ja.— odparł Harry z uśmiechem. I oboje wiedzieli, że to prawda. Mimo, iż Tomlinson miał w trasie kucharkę, nic nie było lepsze niż śniadania Harry'ego. Podszedł do szafki i wyciągnął z niej talerze, które postawił na blacie. — Co dzisiaj robisz?

Szatyn usiadł przy stole i posmarował masłem pełnoziarnistą bułkę.

— Chciałem popracować trochę nad płytą, nadal nie mam jeszcze tych dwóch piosenek. Matt naciska coraz bardziej, zależy mu, aby wypuścić album w listopadzie. — westchnął cierpniczo, bo był to obecnie jego największy powód do zmartwień. — A ty masz jakieś plany?

— Nie. Tak jak Ci mówiłem, do dziesiątego czerwca mam kompletnie wolne, jedenastego mam pierwszy koncert po przerwie i zaczynam europejską część trasy, a do tej pory mogę się dowoli obijać. — odpowiedział Harry, stawiając na stół talerze z bekonem i jajecznicą.

Harry przeniósł wzrok na Louisa i spojrzał na niego zamyślony.

— Wiesz, że mógłbym pomóc Ci z płytą jakbyś tylko chciał... — odparł nieśmiało.

Wyraz twarzy starszego momentalnie spoważniał. Harry nie raz oferował mu swoją pomoc, ale to on napisał większość tekstów do piosenek One Direction, więc nie rozumiał czemu teraz mu nie szło. Kolejną kwestią było brak możliwości umieszczenia Harry'ego jako jednego z twórców, mimo iż prawdopobnie mężczyzna nie wymagałby tego od niego, zadając sobie doskonale sprawę z ich sytuacji. Jeśli mieli by pisać razem, chciał uwzględnić ich obu, jednak nie mógł i nie wiedział czy kiedykolwiek będzie mógł.

— Harry, wiesz jakie mam zdanie na ten temat... — oznajmił. — co nie zmienia faktu...

— Rozumiem. — uciął. — To była tylko luźna sugestia. Wymyślisz coś jak zawsze. — zakończył, całując szatyna w czubek głowy i zasiadł na swoim miejscu przy stole.

 

* * *

Godzinę później, oboje rozłożyli się w salonie, Harry z książką w ręku, a Louis z wszystkimi kartkami zapisanymi tekstami piosenek rozgościł się na dywanie. Styles nigdy nie rozumiał zamiłowania chłopaka do przesiadywania na podłodze. Przeglądał strony bez skupienia, zamyślony nadal na Louisem, który siedział i ślepo wpatrywał się zapisane kartki.

— Lou... — zaczął cicho, po czym usiadł koło szatyna na puchowym dywanie, a jego książka poszła w niepamięć. — Widzę, że kompletnie Ci nie idzie, mimo, że usilnie nie chcesz tego przyznać. Pokaż mi na czym się zatrzymałeś.

Tomlinson z wyraźnym ociąganiem podał kartkę młodszemu.

— Mam jedynie pierwszą zwrotkę. Ale nawet nie całą. Jezu, jestem taki beznadziejny, własnego albumu nie umiem napisać. — mruknął wyraźnie poirytowana poczuciem bezradności.

Wena miała to do siebie, że nikt nie mogł przewidzieć kiedy się pojawi.

— Wiesz, że to nie prawda, skarbie. — mruknął Harry, całując płatek jego ucha, po czym spojrzał na papier i zaczął nucić. — You said I'm holdin' onto heartache
You said I wear it like a crown
It's gonna drag me down
I'm holdin' onto heartache
You should be starin' at the sky... — Chwilę brunet rozmyślał na dokończeniem wersu, zanim ponownie się odezwał. — The birds just passin' by, — kolejna pauza. —love...

Louis spojrzał na niego oniemiały.

— H, to pasuje! Dziękuje, ale co Ty masz z tymi ptakami? W Twoim nowym albumie chyba ich pełno? Nawet masz dwie jaskółki wytatuowane? Jest to jakaś obsesja o której nie miałem pojęcia?

— Jeżeli byłaby to obsesja dowiedziałbyś się pierwszy, dobrze o tym wiesz. — odparł z politowaniem. — Wracamy do piosenki. Myślałeś nad tytułem?

— Tak. Holding on to heartache.

— Podoba mi się.

— Oczywiście, że Ci się podoba. Podoba Ci się wszystko co moje.

Harry zaśmiał się perliście. Wystarczyła tylko chwila, aby poprawić drugiemu mężczyźnie humor.

— Nie mogę się nie zgodzić, Lou. Musimy pomyśleć na kolejną zwrotką. Mam pójść po gitarę?

— Nie, raczej to nie będzie taki kawałek, nie wiem, nie mam na to wizji.

Harry zanucił ponownie całość po czym spojrzał na kartkę papieru.
— The wind, it held your soul, but
we knew that all would change, creates the strangest feelin', just know they waitin' for the end... — dodał.

— Dobre, możemy to dodać. – odparł, po czym zamyślił się. — I still have dreams about it, the moment since they came, the moment's never shown towards, because we faded into darkness...

— Widzisz? Idzie nam świetnie.

— Jak zawsze, H, jesteśmy drużyną marzeń przecież.

Chwilę siedzieli w ciszy, każdy z nich pogrążony w swoich myślach. Jedynie tykający zegar przerywał głuchą ciszę panującą w mieszkaniu.

— Irytuje mnie Twój zegar, Styles. Po jakiego grzyba wstawiłeś go w salonie. I zasadnicze pytanie kiedy?

Harry uśmiechnął się jedynie w odpowiedzi i zanucił. — I can still hear a silence, i can still hear a clock that's tickin'...

— Nie wiem, kto pierwszy doprowadzi mnie do szaleństwa, Ty Haroldzie czy ten przeklęty zegar. — odparł z sarkazmem, jednak posłusznie zapisał dalsze słowa piosenki.

Kilka godzin później zza oknami było już ciemno, a oni byli już u schyłku pisania. Przegapili obiad, ale wena nie wybierała, musieli korzystać póki ich dopadła. Dochodziła pora kolacji, gdy Louis ziewnął przeciągle zwracają uwagę młodszego na cokolwiek innego niż teksty piosenek.

— Powinniśmy coś zjeść, Lou. Na pewno jesteś tak samo głodny jak ja, zostań tu, posegreguj swoje papiery tak jak uważasz, a ja zajmę się jedzeniem. — powiedział brunet, rozprostowywując ściargnięte kończyny po przesiadywaniu na dywanie.

— Dlaczego ja? — mruknął pretensjonalnie Tomlinson.

— Ponieważ oboje wiemy, że jak wpuszczę Cię do kuchni to dzisiejszego wieczoru nic nie zjemy. Po za tym w końcu czyj to album?

To ucięło dalszą dyskusję, a nadąsany szatyn wrócił do ogarniania swojego bałaganu. 

* * *

Oderwał się do kuchenki z zamiarem zawołania Louisa na kolację. Skierował się do salonu; na kanapie zobaczył rozwalonego Louisa, a na stoliczku przed nią, leżał segregator. Czyli Louisowi udało się w końcu pozbierać do kupy, ale najwidoczniej również pisanie bardzo go wymęczyło. Mimo iż, Harry nie raz widział śpiącego Louisa, to ten widok niesamowicie go rozczulił. Kosmyki jego przydługich włosów były kompletnie rozwalone i przypominał siebie sprzed kilku laty, gdy chodził ciągle z istnym ptasim gniazdem na głowie. Ostrożnie przybliżył się do Louisa i z łatwością wziął go na ręce z zamiarem przetransportowania go do sypialni. Byli już w połowie schodów, gdy Harry lekko stracił równowagę i tracił brodą śpiącego w czubek głowy. Tomlinson wydał z siebie bliżej nieartykułowany dźwięk i otworzył oczy; na usta od razu wpełzł mu zadowolony uśmiech.

— Hej. — mruknął zaspany Louis. — Wiesz, że mam trzydzieści lat i własne nogi, kochanie? — dodał sarkastycznie.

Harry zaśmiał się perliście, ucałował szatyna w czoło i odwrócił się w miejscu, plecami napierając na półprzymknięte drzwi sypialni.

— Wiem. A ja mam dwadzieścia osiem i bardzo chętnie Cię ponoszę. Nie po to wyciskam z siebie siódme poty na treningach z Bradem, aby nie robić z tego użytku.

Pomieszczenie było pogrążone w półmroku; jedynie światło księżyca wpadające przez nie zasłonięte rolety rozjaśniało panujące ciemności. Harry upuścił męża na łóżko i z uśmiechem wsunął rękę pod jego bluzę, na co Louis podstępnie pociągnął go za koszulkę. Chciał pocałować bruneta w usta, jednak udało mu się jedynie musnąć ustami jego policzek. Szatyn patrzył zaskoczony jak Styles nachyla się mocniej i muska wargami płatek jego ucha, po czym je delikatnie przygryza. Przyjemny dreszcz przebiegł mu wzdłuż kręgosłupa, czując jak ręka pod jego bluzą sunie po brzuchu, zatrzymując się w najdelikatniejszych jego punktach. Harry zatrzymał się i odsunął się od kochanka.

— Lou? — szepnął, owiewając jego ucho ciepłym oddechem.

Tomlinson ciężko przełknął ślinę, próbując zmusić zaspany umysł do skupienia.

— Tak? — odparł, próbując zatuszować drżenie głosu. Uniósł się lekko na łokciach, by ukryć głowę w zagłębieniu szyi Harry'ego i wdychać jego zapach. Uwielbiał jego perfumy.

— Idziemy spać. — mruknął zdecydowanie loczek, obserwując rosnące niezrozumienie na twarzy Louisa.

— Oh, no dobrze. — szepnął, uśmiechając się prowokacyjnie. — Ale musisz mnie rozebrać, bo ja nie dam rady...

Styles uśmiechnął się i ponownie pochylił na Louisem. Oparł dłonie po obu stronach mężczyzny i ucałował go delikatnie, rozkoszując się ich bliskością.

— Podnieś ręce, kochanie. — polecił piosenkarz, a szatyn odrazu posłusznie wykonał prośbę.

Jednym sprawnym ruchem ściągnął mu koszulkę, rzucając ją potem na podłogę. Wycałował ścieżkę od szyi Tomlinsona aż po samą krawędź dresów. Powolnym ruchem ściągnął z ud zakrywający je materiał. Pocałował ponownie Louisa i sam się rozebrał. Podniósł kołdrę i przykrył nią ich oboje.

— Dobranoc. — wyszeptał.

— Dobranoc. — odpowiedział Louis, przysuwając się bliżej Harry'ego i obejmując go jedną ręką w pasie, stając się większą łyżeczką.

Na zewnątrz księżyc rozświetlał grafitowe niebo, a lekki wiatr kołysał powoli do snu wszystkie drzewa i kwiaty. Wewnątrz rezydencji tylko dwa równomierne i spokojne oddechy przerywały kamienną ciszę. A kolacja na dole zdążyła dawno ostygnąć zapomniana przez domowników.

* * *

Następnego dnia oboje obudzili się w zdecydowanie gorszych humorach niż w dzień poprzedni z racji zaniedbania swoich organizmów. Brak pożywienia od śniadania zeszłego dnia dawał o sobie znać. Harry doskonale wiedział, jak bardzo marudny potrafił się stawać Louis o poranku, dlatego nie wybudzając szatyna, wyswobodził się z kołdry i poszedł do kuchni. Odrazu nastawił wodę na kawę dla starszego; wiele razy próbował namówić go na zastąpienie tego napoju brytyjską herbatą, jednak Tomlinson był nieugięty ze swoją obsesją na punkcie kofeiny. Z resztą mężczyzna często był nie do przekonania w pewnych kwestiach, mimo to Harry nie mógł mu zarzucić niczego. Louis codziennie starał się, aby oni działali, Styles również. W ich sytuacji było to ciężkie, jednak oni byli przypadkiem dla którego nawet rzeczy niemożliwe były do osiągnięcia. Przez lata ciężkich kłótni, rozstań, zawodów, przeróżnych gierek manipulacyjnych strefą medialną, oni nadal trwali.

Styles pokrzątał się chwilę po pomieszczeniu, reaktywując do stanu zjadliwości ich zimną kolację z wczoraj, po czym z parującymi kubkami wtoczył się do sypialni. Postawił naczynia na nocnym stoliku, kiedy silne ręce ściągnęły go znienacka na materac.

— Lou! — pisnął brunet głośno, gdyż niespodziewany atak był oczywiście sprawką Tomlinsona, który najwidoczniej udawał, że śpi. Przebiegły drań. — Czy Ty obudziłeś się razem ze mną, ale nie wstałeś bezczelnie licząc, że przyniosę Ci tą przeklętą kawę prosto do łóżka?

Wyższy upadł na swoją część materaca i odrazu poczuł jak drugi mężczyzna przykleja się do jego pleców. Louis nie odpowiedział mu, tylko ciepłym oddechem owijał jego kark i przycisnął swoje usta do jego nagiego obojczyka.

— Oczywiście, że tak było, Hazz. Zawsze przynosisz mi moją ulubioną, nikt nie robi lepszej. — wręcz wymruczał.

— Podlizujesz się, Tomlinson.

— Jakże bym śmiał, ale tak H, byłbyś idealną żoną. — powiedział sarkastycznie, po czym ugryzł delikatną skórę na szyi Harry'ego.

Gdyby Styles nie wiedział, że oboje w tym momencie się droczą, te słowa mogłby by go zaboleć, jednak w tej sytuacji nie miały one żadnego znaczenia. Przecież każdy artykuł miał na ten temat opinie; The Sun, na przykład uznawało straszego za mężczyznę, który nie nadaje się do związków, przebierając w kobietach, a jego natomiast jako homoseksualistę, mimo iż nigdy nie określił się na arenie publicznej i nie miał tego w planach w najbliższym czasie. Louis złożył jeszcze kilka pocałunków na karku młodszego, po czym sięgnął po kubek. Z zachwytem upił pierwszy łyk, a uśmiech samozadowolenia okalił ciepło jego twarz.

— Czy za kwadrans dostanę Twoją normalną wersję, a nie sarkastycznego dupka? — spytał niewinnie Harry, patrząc na niego z dołu.

Tomlinson wywrócił oczami.

— Kochanie, przecież nie byłem jeszcze wredny, to było nic. Dobrze wiesz jak bardzo nienawidzę poranków, mógłbym spać cały dzień, ale tak zaczynam dopiero normalnie funkcjonować po godzinie jedenastej, powinieneś już to zauważyć po tylu latach użerania się ze mną. — szatyn wywrócił oczami.

— Nie było to użeranie się. — prychnął Styles w odpowiedzi, marszcząc nos jak wściekły kotek. — A teraz jedzmy, bo nie dożyjemy jutra w takim tempie, artysto.

I Louis spełnił ten rozkaz. Nie skomentował droczenia się H, ponieważ w przyznawał mu rację. Ponadto nie miał zamiaru wszczynać kłótni na tak błachy temat, wiedząc, że Harry ma gadane jeśli chodziło o zdrowe odżywanie i dbanie o swój organizm, czym on niestety nie mógł się pochwalić. Kontynuowali posiłek, każdy zatopiony w swoich myślach, otoczeni splątaną kołdrą w ich najbezpieczniejszym miejscu na ziemii. Stykali się ramionami, czując nieustannie ciepło tego drugiego. Byli tylko we dwoje. Dwa serca w jedynym domu, bo w końcu oni byli domem i ostastoją dla siebie nawzajem.

 

* * *

— Chciałbym wieczorem odwiedzić moją mamę. — powiedział niespodziewanie Harry. — Wiem, że tego wcześniej nie ustalaliśmy, ale możemy wziąć mojego Land Rovera, nikt nie nas zauważy, nie musimy brać ochrony...

Mówił bardzo chaotycznie, jakby obawiał się reakcji Louisa. Siedzieli razem w salonie oglądając jakiś mało znaczący serial, jedynie dla zabicia czasu lub odpoczynku, który nieustanie zbliżał się do końca. Oboje nie wiedzieli kiedy znowu będzie im dane cieszyć się swoim towarzystwem na dłużej. Szalonie pędzące kariery to było coś o czym marzyli od dwutysięcznego dziesiątego roku, ale wtedy nie wiedzieli ile wyrzeczeń się z tym wiąże.

— Harry, przestań. — przerwał mu stanowczo Louis. — Rozumiem, że chcesz pojechać do niej, też chciałbym odwiedzić z Tobą Anne. Zgadzam się, nie musisz mnie przekonywać, ale męczy mnie to, że musimy się ciągle ukrywać.

Obu ich to męczyło. Od czasów One Direction, gdy tylko Cowell usłyszał o ich shipie nie było mowy, aby przebywali gdziekolwiek publicznie obok siebie, czy nie daj boże, tylko we dwójkę. Praktycznie od dwutysięcznego piętnastego na wywiadach nie siedzili obok siebie, a potem było tylko gorzej. Kłócili się, ranili się wzajemnie, jedynie w panicznej obawy stracenia tego drugiego. Byli jedynie niczego nieświadomymi nastolatkami, gdy weszli do tego świata, skąd mogli wiedzieć, że prawdziwa miłość może być tak brudna dla opinii publicznej?

— Zawsze możemy zaprzepaścić to co budowaliśmy latami i tak o wyjść sobie razem na ulicę. Śmiało, chodźmy, Louis. — powiedział, a jego głos był chłodny. Nie patrzył na Louisa, jakby obawiając się tego co szatyn może mu odpowiedzieć.

— Nie musisz być cyniczny, oboje zdecydowaliśmy tak dawno temu, w jaki sposób będzie utrzymywać naszą prywatności, nie możemy tak o tego teraz zmienić, dobrze o tym wiesz, nie jest to ani moją, ani Twoją winą, H. Przestań się tak zachowywać jakby było. — odparł stanowczo, ale łagodnie chcąc za wszelką cenę uniknąć kłotni wiszącej w powietrzu. — Nie ma potrzeby robić bałaganu, którego potem nie posprzątamy. Miliony fanów czekają na naszą publiczną interakcję. Od dwa tysiące szesnastego nie byliśmy widziani razem, nie może tak nagle wywołać szumu w internecie. Obiecuję Ci, że kiedyś będziemy wolni chodzić po ulicach Londynu, skarbie.

— Co mi po Twoich obietnicach. — mruknął oburzony, jednak Lou wiedział, że drugi nie miał tego na myśli.

Louis przez lata nauczył się, że emocje Harry'ego można wyczytać z niego jak z otwartej księgi. Według fanów on był tym porywczym, jednak przy Harrym zawsze zachowywał czysty umysł. Możliwe, że był to efekt lat wysokiej ostrożności przed strachem o zostanie przyłapanym przez kogokolwiek poza wtajemniczonymi, a było to ciężkie, skoro okłamywali cały świat. Czasami łatwo było zatrzeć tą granicę między dwoma kompletnie różnymi światami, w których przyszło im grać. Jeden z nich był całkowicie bezpieczny, spokojny, cichy, odseparowany od kamer i ciągłych kłamstw. Z kolei ten drugi był bezduszny, okrutny i wyczerpujący, jednak taka była cena ich sławy. Idąc do X Factora możliwe, że nie byli tak bardzo tego świadomi jak są teraz po ponad dziesięciu latach w show biznesie. Decyzja, która musieli podjąć, aby ratować ich ledwo żyjący związek była ognikiem zapalnym dla ich nadchodzących problemów. Od tamtego czasu się zaczęło i nie skończyło się po dziś dzień. Liczne ustawki, zamawianie paparazzi na każde wyjście z któregoś z nich z domu, przymus pokazywania się na eventach zawsze z dala od siebie i w towarzystwie kobiet. Jakby ich fanów interesowały te wszystkie modelki, z którymi ,,spędzali noce" .

Teraz Louis dobrze wiedział do czego może sprowadzić się ich kłótnia i chciał temu zapobiec. Ten temat był niemal zakazany między nimi i był bardzo rzadki, ponieważ najczęściej kończył się płaczem Harry'ego i wielkimi wyrzutami sumienia u starszego. Mianowicie ich zerwanie sprzed laty w dwutysięcznym piętnastym i skutki tego zerwania, jakimi była zdrada Louisa i dziecko, które Lou pokochał od samego początku. Szatyn zdawał sobie bardzo dobrze sprawę jak dogłębnie zranił młodszego, mimo iż formalnie nie byli wtedy razem, jednak zawsze pragnął mieć własne dzieci i nie był wstanie udawać, że nie był biologicznym ojcem chłopca. Okres procesu z matką dziecka o prawa rodzicielskie również nie był dla nich sielankowym czasem. Także w medialnym świecie nie było na nich miejsca i choć oby bolała ta świadomość, oboje nadal mieli związane ręce głupim kontraktem, który miał zapewnić im wolność.

Louis doskonale pamiętał ten moment, kiedy powiedział Harry'emu, że on jest wolny. Zawsze wziąłby każde cierpnie bruneta na siebie, jednak kilka miesięcy później sam mu tego dołożył. Jednak Harry mu wybaczył, jak za każdym razem, gdy Tomlinson wracał do niego z podkulonym ogonem. Bo ten zawsze wracał, nie ważne jak bardzo to toksyczne bywało momentami, bo żaden skryty związek tak nie dział prawidłowo. Szczególnie w ich wypadku, gdy w jego sprawie od zawsze miały decydujące zdanie osoby trzecie.

— Okej, nie powinienem tego mówić. Jestem po prostu zestresowany na myśl o wyjściu niezauważonym, ale wiem, że nie możemy żyć w paranoi, jednak jak Jeff albo Matt sie dowiedzą nie dadzą nam żyć. Mieliśmy z nimi uzgadniać wszystko, ale nie mam najmniejszej ochoty z się kontaktować z którymkolwiek z nich. — wykrztusił na wręcz na jednym wydechu i Louisowi przemknęło przez myśl, że znowu widzi w nim tego uroczego chłopca, którego spotkał na pierwszym przesłuchaniu do X Factora, a nie dwudziestoośmioletniego mężczyznę.

— Rozumiem, Hazz, wyjedziemy za godzinę? — odparł, wstając z kanapy z zamiarem przytulenia młodszego.

— Powinienem Cię przeprosić, a Ty ciągle reagujesz tak spokojnie, jakbym wcale Cię nie zranił, a to zrobiłem, Lou. — powiedział, a starszy widział jak jego obronna postawa złagodniała.

— Nie mam Ci tego za złe, kochanie, rozumiem, że może nadal boleć Cię ten temat, szczególnie, że widujesz mojego syna kilka razy do roku.... — westchnął, przeczesując zrezygnowany włosy, mając wrażenie, że osiwieje przed trzydziestką z ilości stresu i zmartwień.

Nigdy nie mógł powiedzieć, że Harry nie miał dobrej relacji z jego dzieckiem, mężczyzna zawsze traktował go z należytym szacunkiem i Louis śmiał twierdzić, że również go kochał. Jednak jednocześnie boleśnie przypominał mu o niewierności jego chłopaka. 

Szatyn podszedł do Stylesa i objął go rękami w pasie, układając dłonie delikatnie na mu biodrach, a twarz schował w zagłębieniu szyi składając tam czuły pocałunek. Stali tak w chwilę w ciszy czerpiąc radość z ich wspólnej obecności, aż Louis postanowił się odezwać:

— Wykończy nas to kiedyś, Harry.

Młodszy czuł smutek w jego słowach, ale wiedział, że ma rację. Coraz trudniej było im wracać do siebie po ustawkach. Coraz trudniej było im nie łamać sobie nawzajem serc. Sława stawiała na szali coś do czego każdy człowiek w życiu dążył. Oni byli czymś więcej niż tylko byli razem w związku. Byli jak dwie krople wody, jak papużki nierozłączki (w tym dobrym sensie), jak prawdziwe bratnie dusze. Harry dbał o Louisa, nawet jeśli musiał przy tym poświęcić swój komfort i Louis był w stanie robić to samo dla niego. Działali tak zawsze, jeszcze na długo za nim postanowili dać sobie szansę i spróbować związku. Wspólnym wysiłkiem dotarli do takiego poziomu. Tak jak bardzo ciężko było to osiągnąć, to zburzyć można było jednym, złym ruchem. I tylko od nich zależało czy uda im się przetrwać.

— Prawdopodobnie masz rację, Lou, choć bardzo nie chcę tego przyznawać.