Work Text:
Gdy na niebie pojawiła się pierwsza gwiazda, Jezus zdał sobie sprawę, że nie zdąży wrócić do obozu przed zapadnięciem zmroku. Przeszło mu przez myśl, że może zbyt długo odpoczywał przy oazie. Jednak idąc do wodopoju przez pustynne wydmy w pełnym słońcu, najzwyczajniej w świecie się zmęczył. Potrzebował tych kilku dłuższych chwil odpoczynku. Coś za coś.
– Wciąż nie rozumiem, czemu zgodziłeś się przyjąć to marne ludzkie ciało.
Pojawił się nagle, znikąd, dokładnie tak, jak było zapowiedziane. Przybrał maskę młodzieńca, o lśniących, złotych lokach, prężnym umięśnionym ciele i pięknym uśmiechu, który nie sięgał oczu tak ciemnych i zimnych, jak najgłębsza morska toń.
– Jesteś tu chyba dość długo, żeby stracić do niego cierpliwość – ciągnął przybysz. – Ja sam jestem tu ledwie chwilę, a już czuję, że zasycha mi w gardle…
Jakby na potwierdzenie tych słów, młodzieniec odetchnął głęboko i oblizał wargi. Jezus nie zareagował.
– Pół dnia zajęła ci wyprawa po wodę – zagadywał dalej. – Nie chciałbyś wziąć łyka? Albo zjeść kromkę chleba… Patrz! Tamten kamień wygląda zupełnie jak bochenek! – wykrzyknął nagle, wskazując palcem przed siebie. Jezus jednak nie spojrzał we wskazanym kierunku – odwzajemniał wzrok młodzieńca, który również nie spuszczał z Niego wzroku.
– Jako Syn Boży – głos przybysza nabrał nagle cieplejszej, ciemniejszej barwy – mógłbyś zamienić go w prawdziwy chleb, prawda? Posilić się, wzmocnić na dalszą drogę.
– Mógłbym – przyznał Jezus – jednak napisane jest, że „nie samym chlebem żyje człowiek”.
Chłopak przewrócił oczami.
– Czyli na tym polega twoje zadanie? Na klepaniu formułek? Nawet zwykły człowiek potrafi mówić sam za siebie.
Jezus wzruszył ramionami.
– Po co strzępić sobie język, skoro Ojciec powiedział już wszystko, co najistotniejsze?
Chciał coś jeszcze dodać, jednak głos zamarł mu w gardle, gdy nagle zamiast piasku pustyni ujrzał przed sobą ciemność. Zdezorientowany zachwiał się, cofnął o krok. Jego stopy trafiły na coś zdecydowanie twardszego i chłodniejszego, niż pustynny piasek. Gdy Jezus odzyskał równowagę, rozejrzał się i dotarło do Niego, że widzi przed sobą panoramę Jerozolimy. Nie byli już na pustyni, lecz na rogu świątynnego dachu. Z dołu dochodził delikatny szmer kładącego się do snu miasta, a tuż obok jasnowłosy chłopak zanosił się nieprawdopodobnie szczerym śmiechem.
– Po co te nerwy? – spytał, gdy udało mu się opanować. – Nawet gdybyś spadł, to co? Też znam Pismo, i stoi tam jak byk: „Aniołom swoim da rozkaz co do ciebie, a na rękach nosić cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień”. Złapaliby cię, choćbyś i sam skoczył!
– „Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego”. To zdanie też pamiętasz?
Wtedy w oczach młodzieńca po raz pierwszy błysnął gniew.
– Ty Jego, tak? – Zapytał cicho. – A on Ciebie może? To wszystko, co robisz teraz – pustynia, post, kazania dla tych ciemnych mas, i ta cała zapowiedź krzyża… To nie są próby?
Gdy pytanie rozpłynęło się w ciszy, nie stali już na dachu świątyni. Nie, byli znacznie wyżej, znacznie dalej, pod samym nocnym niebem, skąd rozciągał się widok na całą pogrążoną w mroku ziemię.
– Znasz ich serca równie dobrze, jak ja – spokój młodzieńca rozpłynął się w morzu gniewu – i wiesz, że są tacy, którzy nigdy się nie zmienią. Nie przekonasz ich ani cytując Pismo, ani cudami, ani nawet bezgraniczną miłością. Żyjesz na tej grudzie trzydzieści lat, i dobrze wiesz, że ci głupcy chętniej słuchają mnie, niż Ojca. Dlatego choć raz przestań oglądać się na Jego plany, inaczej umrzesz na darmo za bandę niewdzięcznych głupców. Przyznaj mi rację, bo obaj dobrze wiemy, że ją mam. Przyznaj, że w tej jednej kwestii to ja jestem górą, a wycofam się. Dam ci z nimi zrobić, co uważasz za stosowne tu, na ziemi.
Jezus patrzył w te zimne, zmrożone nienawiścią oczy chłopaka. I prócz gniewu poczuł do niego także żal.
– „Panu, Bogu swemu, będziesz dawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz” – powiedział w końcu, nie odrywając wzroku od młodzieńca. – A wiesz, dlaczego? Bo On jest Prawdą. Jego plan, nawet, jeśli go nie rozumiesz, ostatecznie zawsze okazuje się tym najlepszym. Tym, który prowadzi do ostatecznego dobra.
Jezus widział, jak wbrew jego słowom gniew, nienawiść i nieszczęście coraz silniej pulsują wewnątrz młodzieńca.
– Taki plan kryje się za moim powołaniem. Dla ciebie też taki Miał.
Gdy wybrzmiało ostatnie słowo, fasada człowieczeństwa pękła, a Jezus zobaczył prawdziwe oblicze kusiciela. Ujrzał go całego – kim stworzył go Ojciec, i kim się stał, gdy się od Niego odwrócił; widział zło, które uczynił, i które za jego sprawą dopiero się wydarzy. Widział go całego, od początku, aż do końca. Narodziny, upadek i śmierć.
I wtedy wszystko zniknęło.
Jezus znów był sam, na pustyni, witany przez nadchodzącą noc. I choć na bezchmurnym niebie zdążyły już wykwitnąć dziesiątki gwiazd, brakowało wśród nich Jutrzenki.
