Chapter Text
– Dzwonił do mnie twój psychiatra. Powiedział, że nie odbierasz od niego telefonu i od miesiąca nie chodzisz na terapię. – Głos matki jest pełen dezaprobaty. – Nie chodzi mi o moje zmarnowane pieniądze, które musiałam płacić za sesje, na których nie raczyłaś się pojawić. Chciałabym tylko wiedzieć, dlaczego nagle nie chcesz już chodzić na terapię z doktorem Lecterem.
– Chcę zmienić psychiatrę – odpowiadam stanowczo i oschle. Patrzę na matkę niemalże błagalnie.
– Ale przecież wcześniej wszystko było dobrze – zauważa, marszcząc jasne brwi.
Ona nic nie rozumie i o niczym nie ma pojęcia.
Gdyby znała prawdę, już dawno wezwałaby policję.
Najlepiej FBI i wojsko.
– Mamo, ja naprawdę nie chcę już chodzić na terapię z tym...ohydnym typem – niemalże wypluwam te pełne pogardy słowa. Z trudem powstrzymuję się, żeby nie nazwać psychiatry bardziej odpowiednio.
Na przykład „skurwysyn".
– Nirvano! Jak możesz mówić tak o doktorze Lecterze?! – oburza się matka. Patrzy na mnie tak karcąco, jakbym właśnie obraziła jakieś cholerne bóstwo.
Matka wciąż widzi w Lecterze idealnego gentlemana, inteligenta, faceta z klasą, czarującego konesera sztuki.
Ta… Klasa w ciul.
Zaciskam pięści. Na samą myśl o Lecterze cała się trzęsę ze złości. I ze strachu.
– Nigdy więcej nie wrócę na tę jego gównianą terapię – mówię przez zaciśnięte zęby, mój głos jest lodowaty. – Jeśli on jeszcze raz do ciebie zadzwoni, powiedz mu, żeby spierdalał.
Matka patrzy na mnie w szoku. Chce mnie znowu skarcić za wulgarny język i obrażanie doktora Lectera.
Nie robi tego, bo w końcu dociera do niej, że coś jest ostro nie tak.
Widzi jak drżę, jak wbijam paznokcie w dłonie, jak bardzo mam przeszklone oczy i jak bardzo się boję.
– Nirvano...– zaczyna matka, jej głos łagodnieje.
Nie dokańcza. Słowa stają jej w gardle.
Wzrok skrytych za okularami oczu mamy pada na znajdujące się za mną drzwi.
Kobieta nieruchomieje. Na jej twarzy pojawia się zaskoczenie zmieszane z niepokojem.
Zamieram. Moje ciało drętwieje.
Instynktownie wiem, kto wszedł do kuchni.
Po pomieszczeniu rozchodzi się dźwięk obcasów męskich, eleganckich butów garniturowych.
Wstrzymuję oddech.
Krew staje w moich żyłach na kilka sekund, a następnie zaczyna zapieprzać.
Czuję za plecami intensywny zapach tej konkretnej drogiej wody kolońskiej.
Całe moje ciało wypełnione jest adrenaliną i przerażeniem.
Moje oczy są szeroko otwarte. Mam wrażenie, że zaraz wypadną mi z oczodołów.
Stojący za mną seryjny morderca sięga po moją drżącą dłoń. Jego dłoń jest smukła i blada, a palce są długie i lodowate.
Ktoś mógłby rzec, że to dłoń wirtuoza, artysty.
Gówno prawda.
To wypielęgnowana dłoń mordercy. Lodowata skóra świadczy o tym, że ten psychol jest już od dawna martwy w środku tego pozornie eleganckiego ciała.
Chcę wyrwać dłoń z jego uścisku, ale tak bardzo paraliżuje mnie strach, że stoję bez ruchu.
Czuję też ogromny wstręt, kiedy ten walnięty doktor mnie dotyka.
Nie wiadomo, czy on tymi rękami chwilę wcześniej nie grzebał we flakach swojej nowej ofiary.
Lecter z pozorną delikatnością wkłada w moje dłonie bukiet jakichś kwiatków.
Są to intensywnie czerwone kalie, zmieszane z krwistym anturium.
Ten szarmancki gest mężczyzny to czysta groźba.
– Raczysz wyjaśnić, dlaczego już nie lubisz swojego psychiatry? – pyta mnie doktor Lecter, górując nade mną. Jego głos jest uprzejmy, nonszalancki i zawiera nutę wyrzutu.
To tylko pozorny spokój.
Tak naprawdę za tą jego uprzejmością i stoicyzmem kryje się lodowata pogarda oraz gniew.
Gdyby nie miał takiego kija w dupie, możliwe że wyzwałby mnie od niewdzięcznych, pozbawionych manier oraz szacunku szmat.
On raczej użyłby czegoś w stylu „ladacznica".
Lodowata dłoń kanibalistycznego psychiatry przesuwa się po wierzchu mojej dłoni. Moja dłoń też jest zimna.
Jest zimna zupełnie tak samo jak była w galerii sztuki, do której miesiąc temu poszłam z Hannibalem Lecterem.
Tamtego wieczoru, kiedy oglądaliśmy najznakomitsze dzieła sztuki renesansowej, psychopata zmusił mnie do trzymania go za rękę.
