Actions

Work Header

Missing You

Summary:

Zbiór one-shotów o IronStrange wszelkiej maści (w większości przeniesione z Wattpada bądź przeznaczone do tego miejsca).

Notes:

Link do serii na Wattpadzie (prowadzonej w języku polskim): https://www.wattpad.com/story/261114890-missing-you-→-ironstrange-one-shots

Ponieważ mało tu IronStrange w języku polskim, postanowiłam przywędrować tu ze swoimi ff i mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu.

Chapter 1: Missing You (part 1)

Summary:

Pół roku po pstryknięciu, Tony wciąż miewa koszmary. Ma przed oczami moment, w którym traci dwie najważniejsze osoby dla siebie. Pewnej nocy ma już dość i chce skończyć z tym wszystkim — nie ma już nadziei na powrót tego, co było przedtem. W spełnieniu tego zamiaru przeszkodzi mu pewien duch.

Chapter Text

     Od tragicznego w skutkach pstryknięcia minęło już pół roku. Połowa populacji została wymazana, a pozostali ludzie opłakiwali ich stratę. Nie było czemu się dziwić: nagle, w biały dzień na ich oczach bliscy rozsypali się w proch i nie mogli temu zapobiec. Rodziny zostały rozbite, a związki nie przetrwały tej próby czasu. Większość powoli popadała w depresję i miała myśli samobójcze, bowiem nadzieja na powrót gasła z każdym dniem. W pierwszych dniach liczyli na to, że niedługo wszystko wróci do normy i zaprzeczali. Później te pozytywne myśli zamieniały się w coraz bardziej negatywne. Światełko w tunelu powoli traciło swoją moc. Wśród grupy ludzi, która się obwiniała o to wszystko, był Tony Stark, znany jako geniusz i Iron Man. Wynalazca nie umiał pogodzić się z tym, co zaszło na Tytanie. Co noc miał przed oczami płaczącego Petera, który mówił: Ja nie chcę odchodzić i Stephena, który mówił do niego: Nie było innego wyjścia.

     Przez swoją głupotę znów stracił ważne dla siebie osoby, a co najgorsze ― obwiniał się o ten stan rzeczy. Był zdolny walczyć z Thanosem, lecz nie potrafił uratować najbliższych. Jaki z niego bohater, skoro nie był stanie ich ocalić? Najwidoczniej nie nadawał się na bohatera, jak nie potrafił im pomóc. To wszystko trwało już sześć miesięcy ― dokładnie tyle, ile upłynęło czasu od wymazania połowy znanej populacji. Najgorsze było to, że wystarczyłoby powstrzymać Thanosa przed zebraniem wszystkich Kamieni albo odebrać mu Rękawicę i nic by się nie stało. Niestety, to fioletowo podobne coś zdobyło je wszystkie i jak gdyby nigdy nic odebrało ludziom wszystko.

     Brunet nie potrafił sobie tego wybaczyć. Ta noc miała być szczególnie bolesna i zarazem przynieść nadzieję.

*** 

     Od ponad godziny Tony nie mógł zasnąć. Powodem były koszmary z poprzednich lat oraz feralne starcie z fioletową mendą. Początkiem był Afganistan, z którego udało mu się wrócić i zdrada Obadiaha Stane’a. Później nadeszła Wojna Bohaterów i Syberia. Te wydarzenia szczególnie dały mu się we znaki, bo niczym demon przyszły do niego depresja i zespół stresu pourazowego, czyli złowrogie PTSD. Z Syberii uratował go Stephen, który pomógł wyjść Tony’emu na prostą drogę. Ten proces był niezwykle ciężki, ale były neurochirurg był przy nim i co najważniejsze ― wspierał. Pod względem przejść i charakteru obaj panowie byli podobni, więc nawiązała się między nimi mała nić porozumienia. Z czasem zaczęli czuć do siebie coś więcej i stali się szczęśliwą parą. Dodatkowo jak na złość za oknem padał deszcz. Załamanemu Tony’emu przypomniało to pewne przyjemne zdarzenie ze sprzed kilku lat.

♥ ♥ ♥

    Tego dnia aura na zewnątrz była paskudna. Padał deszcz i było ciemno, oni obydwaj musieli jak na przekór losowi stawić się na jakiejś nudnej konferencji prasowej. Wynudzili się na niej niemiłosiernie, czego dowodem było ciche ziewanie Starka. Najchętniej by olał wszystkie spotkania z dziennikarzami, ale niestety musiał na kilku z nich się zjawić. Takie już życie osoby publicznej. Pół biedy, jak sam wywiad będzie profesjonalnie przeprowadzony. Gorzej, gdy trafi się jakiś wybitny cham, który nigdy nie powinien zostać dziennikarzem ― wtedy już trzeba było zdać się na pokłady cierpliwości wobec takiego człowieka. Plusem w całej sytuacji było to, że przynajmniej nie mieli daleko do mieszkania. Po długim marudzeniu Tony’ego Stephen wyczarował małą tarczę, która w pewnym stopniu chroniła ich od deszczu. Obaj panowie przez dłuższy czas szli bez słowa, ale jak wiadomo ― zazwyczaj cisza to zwiastun przed burzą. Gdyby ktoś ich nie znał i zobaczył na ulicy, wziąłby ich za parę. Sami zainteresowani stanowczo temu zaprzeczali, chociaż Clint i jego wesoła banda twierdzili inaczej. Łucznik i jego kółko shiperskie próbowali ich spiknąć od półtora roku. Szło im to dość opornie, ale Wanda i Natasha po cichu przekazywały reszcie najświeższe ploteczki na temat dwóch upartych matołów. Dosłownie byli w siebie wpatrzeni, a bali się wyznać sobie miłość. Powodowało to u shiperów ataki białej gorączki, ale hej! Nie mogli się poddać, prawda? W końcu musieli przyznać im rację, ale za żadne skarby nie zamierzali tego zrobić ― po części to była wina wysokiego poziomu ego i duma mogłaby ucierpieć ― a tak stać się nie mogło.

    Nie, żeby obaj prawie dwa razy skończyli razem w sypialni na skutek alkoholu, który tylko by pozwolił na szybsze wyjawienie prawdy (w tym miejscu należy zaznaczyć, że ciągło ich do siebie i w zasadzie alkohol nie byłby winny). Jak to mówią: do trzech razy sztuka.

   Zanim zdążyli dojść do przejścia, światło sygnalizacji zmieniło swoją barwę na czerwony. Nie pozostało im nic innego, jak czekać na zmianę. Z nadzieją, że nie zostanie przyłapany, Tony zaczął bezczelnie patrzeć się na czarnowłosego czarodzieja. Ileż razy się na niego patrzył, tego nie wiedział nikt poza nim. Jego problemem było tempo, w jakim się zakochał w swoim towarzyszu. Przysłowiową miętę zaczął do niego czuć gdzieś tak po roku i nieumiejętnie się z tym krył. Tak samo było ze Stephenem. Samo zaprzeczenie według bandy shiperskiej oznaczało jawne ukrywanie czegoś i próbowali się dowiedzieć, co się zdarzyło. Prawdy nie poznali, ale teorii mieli nieskończenie wiele.

  Wzrok Starka pozwolił sobie na zbyt dużo, bo od kilku minut gapił się na twarz Strange’a. Czarodziej poczuł, że ktoś się na niego uporczywie patrzy i w momencie odwrócenia wzroku przepadł całkowicie. Niebieskie tęczówki zapatrzyły się w duże, brązowe oczy. Normalnie by się speszyli, ale byli sami i nie musieli się kryć. Ciała też poczuły więcej swobody, bo obaj się do siebie zbliżyli, wciąż patrząc sobie w oczy.

  W pewnej chwili zmniejszyli ten dystans i pocałowali z niebywałą czułością. Wokół wciąż padało, ale nie przeszkadzało to zakochanym w sobie mężczyznom: obejmowali się przed przejściem dla pieszych i cieszyli swoją obecnością.

  Niechętnie się oderwali od siebie i wrócili w podejrzanie dziwnych humorach. Nie było się czemu dziwić, skoro resztę nocy spędzili w sypialni, czyniąc zakazane rzeczy.

♥ ♥ ♥

  Tony’emu bardzo brakowało jego narzeczonego. Jego utrata bardzo go zabolała i tak bardzo chciał, by do niego wrócił. Znów zapragnął się przytulić do Stephena, czy chociaż się z nim pokłócić. Razem wiele przeżyli, a przez Thanosa utracił swojego ukochanego. Nie umiał na nowo pokochać, jego serce należało do byłego neurochirurga. Brak Stephena równał się nasilonym myślom samobójczym, które były wyjątkowo silne jak nigdy wcześniej. Obwinianie się o wydarzenia z Tytana, koszmary z przeszłości oraz nawrót depresji w połączeniu z PTSD zwiastowały dramat. W zasadzie brunet już nie miał dla kogo żyć. Stracił wszystkich, których kochał i doskonale zdawał sobie z tego wszystkiego sprawę. Sam nie wiedział, jak i kiedy znalazł się w kuchni z nożem w dłoniach.

  Zrozpaczony geniusz ciął się, bo nie mógł wytrzymać. Chciał tylko szczęścia i zapewnić pozostałym bezpieczeństwo. Nie udało się i spieprzył po całej linii. Wyglądało na to, że dzisiejszej nocy odbierze sobie życie. 

  Pierwsza skaza ― błędy z przeszłości.

  Druga skaza ― zawiedzenie swojego narzeczonego.

  Trzecia skaza ― nieuratowanie swojego przybranego syna.

  W ten sposób doszedł do pięciu, a szóstego cięcia nie zdążył sobie zadać. Ktoś zatrzymał jego dłoń w połowie ruchu i znajomy głos powiedział:

― Kochanie, nie tnij się, proszę.

― St-Stephen? ― spytał drżącym głosem Tony. Nie wierzył, że naprawdę jego narzeczony stoi obok niego. Przecież on się zmienił w proch na jego oczach!

 

 

To jest niemożliwe. On przecież się rozsypał na Tytanie!

― Skarbie, nie płacz, jestem przy Tobie ― powiedział duch, ocierając dłonią łzy Tony’ego.

― Stephen, nie zostawiaj mnie. Ja sobie nie poradzę, nie chcę być sam jak palec ― powiedział przez łzy brunet, wtulając się w Stephena. Nie liczyło się to, że był duchem ― on chciał przez chwilę poczuć się kochanym i bezpiecznym. Czarnowłosy objął go, przytulając do siebie z całej siły. Jeden gest, a znaczył tak wiele.

    Dzięki temu przytuleniu Tony czuł się na chwilę bezpieczniejszy. Żaden koszmar nie mógł go najść, kiedy był przy swoim ukochanym. Nóż samowolnie wypadł z dłoni, a Tony stał wtulony w narzeczonego.

― Nigdy Cię nie zostawię, nie pozwolę na to. Trzeba opatrzyć twoje rany, nie pozwolę Ci, byś się krzywdził ― powiedział łagodnie Doktor, ale pierwszy raz w życiu powstrzymało go błagalne spojrzenie brązowych tęczówek, przez które przepadł kilka lat temu. Popatrzył na niego i zrozumiał, jak bardzo brunet za nim tęskni. Niestety będzie musiał jeszcze poczekać, ale zrobi wszystko, by do niego wrócić. Musiał to zrobić, on nie zasługiwał na taki los. Zdawał też sobie sprawę z tego, że pozostawienie Tony’ego na chwilę w samotności w takiej sytuacji mogło mieć tragiczny finał. Miał dość mocy, by zwiać w formie astralnej, to czemu by nie zmaterializować się na chwilę? W końcu miał doskonałą pamięć, był geniuszem. Samo w sobie zaklęcie nie należało do najłatwiejszych, ale jakąś próbę musiał podjąć. Jak pomyślał, tak zrobił.

    Po kilku minutach wtulania się w Stephena, Tony poczuł żywszy dotyk na swoim ciele. Minęło kilka chwil, nim się zorientował, co tak właściwie się stało. Nie dowierzając, Tony dotknął dłonią twarz swojego narzeczonego. Robił to delikatnie i niepewnie, jakby się bał, że zaraz zniknie.

― Nic się nie zmieniłeś ― powiedział Stephen, na co Tony odparł, zapominając na chwilę o swoich śladach po nożu:

― W ogóle jakim cudem się zmaterializowałeś przede mną?

― Magia i miłość do Ciebie, kochanie ― odpowiedział Stephen, patrząc w brązowe tęczówki swojego narzeczonego. 

***

    Chwilę później narzeczeni siedzieli wtuleni w siebie na kanapie. Stephen opatrzył Tony’ego w mniej niż pięć minut, ale inżynier nie odpuściłby, gdyby delikatnie nie pocałował swojego doktorka. Jeden pocałunek przerodził się w kilka, bo Tony’emu zbyt mocno doskwierał jego brak. Bał się jednej rzeczy ― tego, że to wszystko okaże się pięknym snem. Jak na razie poprzednie wydarzenia były realne i nie wyglądały na sen. Za oknem wciąż padało, ale na chwilę obecną nie miało to żadnego znaczenia. Liczyło się to, że przez moment mogli być szczęśliwi.

― Proszę, nie znikaj, gdy skończy się noc ― wyszeptał błagalnie Tony.

    Stephen westchnął ciężko. Jak miał mu powiedzieć, że musi jeszcze wytrzymać dwa lata bez jego obecności? Brunet nie mógłby tego znieść, ale przeklęte wizje sądziły inaczej. Dopiero po tym czasie Thanos miał zostać pokonany, wcześniej niestety nie mogło to się stać. Widział wiele możliwości, ale tylko ta jedyna kończyła się zwycięstwem nad tym durnym fioletowym pyszałkiem. Uciekł z wymiaru Kamienia Dusz, ale najgorsza była jedna rzecz ― miał tylko tą noc. Wraz z nastaniem świtu musiał go opuścić ― a tego nie chciał.

― Stephen, o co chodzi? ― spytał zaniepokojony ciężkim westchnięciem Tony.

― Tak bardzo chciałbym z Tobą zostać, ale nie mogę. To nie jest czas dla nas. Musisz być dzielny dla mnie, mój drogi. Być może nie będziesz tego czuł, ale ja z Tobą będę w twoim sercu. Mamy niewiele czasu, kochanie i gdy nastanie świt, muszę Cię opuścić.

― Nie wytrzymam tak długo bez twojej obecności. Ile jeszcze mam być bez Ciebie? ― powiedział Tony, czując kolejny raz łzy w oczach.

― Dwa lata ― odpowiedział Stephen, czując wielki ciężar w sercu. Wiedział, że on się załamie i nadal będzie się obwiniał. W głębi własnego serca wiedział też, że za dwa lata już będą razem na zawsze. Nikt i nic ich nie rozdzieli, nawet po śmierci.

     Nic dziwnego, bo naprawdę go kochał.

2 godziny później

     Zegar pokazywał czwartą pięćdziesiąt. Równo o piątej rano jego narzeczony miał zniknąć, a on zostać sam na dwa lata. Ta jedna noc tak wiele zmieniła i pozwoliła zdjąć ciężar z serca. Tony zasnął w ramionach Stephena i pierwszy raz od pół roku spokojnie spał. Nie przyśnił mu się żaden koszmar. Miał przy sobie narzeczonego i to już wystarczyło, aby był trochę szczęśliwszy.

― Kochanie, wstawaj ― powiedział cicho niebieskooki do swojego amanta.

― Steph, jeszcze chwila ― wymruczał sennie Tony.

― Mamy tylko dziesięć minut ― przypomniał smutno Stephen, podnosząc swojego narzeczonego w stylu panny młodej.

    Postawił swojego geniusza dopiero naprzeciw okna, patrząc mu w oczy. Tony rozbudził się i spojrzał na narzeczonego, którego za chwilę miał znów stracić ― tym razem na cholerne dwa lata.

― Uważaj na siebie, gdy zniknę ― zaczął mówić Stephen, nie spuszczając wzroku z twarzy bruneta i ciągnął dalej:

― Wiem, że gdy zaraz mnie zabraknie, coś w Tobie pęknie. Nie daj się ponieść złym podszeptom, za dwa lata wszystko się ułoży. To nie są złudne obietnice, bo tak się stanie. Kiedy wrócę, weźmiemy ślub i wyjedziemy poza Nowy Jork. Chcę się razem z Tobą zestarzeć, najdroższy.

    Tony słuchał tych słów, czując, że naprawdę mogą razem się zestarzeć. Zapewne adoptują jakieś dziecko i dadzą mu dom, o ile śmierć się nie wprosi, odbierając jednemu z nich tego drugiego. Obaj byli jak dwie połówki serca, które spotkały się po długich poszukiwaniach i mogły stać się jednością. Tą drugą połową w jego przypadku był były neurochirurg, z którym nie raz urządzał sobie bitwy na słowne docinki, które nie przekraczały granicy i pokochał go bezwarunkowo. Dla niego nie liczyła się pozycja Tony’ego ― jemu zależało tylko na jego szczęściu.

    Brunet przerwał czarnowłosemu w połowie monologu i mocno go pocałował. Czas nieubłagalnie zabierał im te cenne minuty i z dziesięciu została tylko minuta.

    Za oknem powoli wschodziło słońce, a tymczasem dwoje amantów oparło się o swoje czoła.

― Zamknij na chwilę oczy ― poprosił Stephen, a Tony niepewnie to zrobił. Czarodziej przybliżył się do niego i delikatnie go musnął w usta. Kiedy Tony ponownie otworzył oczy, Stephen patrzył na niego z pięknym uśmiechem.

― Kocham Cię i żegnaj, najdroższy ― powiedział czule Stephen, rozpływając się w powietrzu.

    W miejscu, w którym stał przed chwilą narzeczony Tony’ego, leżała pomarańczowa róża.